piątek, 4 kwietnia 2014

Ballada o lastach za tysiąc



Mając w kieszeni kilkadziesiąt złotych nie wybieramy się do butiku Diora na zakupy. Zasada zdrowego rozsądku zdaje się jednak nie dotyczyć turystyki. Klient, który dysponuje gotówką pozwalającą na skromny pobyt nad Bałtykiem bardzo często chce lecieć na zagraniczne wakacje. Luksusowe wakacje.  A to dopiero początek kłopotów.


Przychodzi baba do biura…


 W sezonie wakacyjnym biura podróży przeżywają oblężenie. Klientów jest dużo, a ilość zapytań o ofertę wciąż rośnie. Oczy łzawią od patrzenia na monitor, a po paru godzinach przeszukiwania systemów rezerwacyjnych zaczyna boleć głowa. Wtedy to do biura ściągają rzesze najrozmaitszych konsumentów. W zadziwiającej większości liczących na cud i pozbawionych zdrowego rozsądku.  Wśród nich dominują trzy główne kategorie klientów: „do 1000 zł”, „do 1200 zł”, „do 1500 zł”. Co oznaczają dane typy? Otóż klient w samym środku sezonu wakacyjnego poszukuje tygodniowego wyjazdu przynajmniej do czterogwiazdkowego hotelu, najlepiej w opcji all inclusive za taką cenę na osobę.

 Nie jest to żart ani fortel mający zaskoczyć agenta siedzącego za biurkiem. Klient ma dwa tysiące na wakacje i kropka. Wszelkie tłumaczenia, że w tej cenie trudno spędzić tydzień w pensjonacie na obrzeżach Zakopanego są daremne. Klient wie lepiej, bo kiedyś był za tysiąc w Egipcie lub o podobnej ofercie słyszał od znajomych (więcej o klientach tutaj).

Szczyty naiwności

Co ciekawe, takich klientów nie brakuje. Czasami wydaje się nawet, że ich liczba lawinowo się powiększa. Namnażają się w zastraszającym tempie, a mit lasta za tysiąc zatacza coraz szersze kręgi.

 Jeśli trafiamy na „1000/1200/1500” reformowalnego, istnieje możliwość wytłumaczenia, że takie ceny są rzadkością nawet poza sezonem (zwłaszcza na kierunkach europejskich), natomiast w trakcie trwania wakacji znalezienie oferty w tak niskiej cenie byłoby albo cudem, albo szwindlem. A tych, którzy na ludzkiej naiwności żerują nigdy nie brakowało. Każdorazowo w rozmowie pojawiają się dwa słowa- klucze: „Internet” i „zakupy grupowe”. Wszak w odmętach Internetu kryją się oferty za pół darmo, a źli i podstępni agenci tylko narzucają irracjonalnie wysokie prowizje, żeby z turystów jak najwięcej zedrzeć. Oczywiście, zarobić chce każdy, jednak kwota rzeczywistego zarobku sprzedawcy rozczarowałaby wszystkich zwolenników teorii spiskowych.

 Niewielu klientów racjonalnie podchodzi do zakupu pakietu turystycznego. Zasada „im taniej tym lepiej” urasta w tym przypadku do kuriozum. Za tysiąc złotych Kowalski chce dolecieć do Egiptu (a najlepiej do Europy- może Grecja? Może Hiszpania?) i przez tydzień nurzać się w luksusie i upijać pakietowymi drinkami. Oprócz tego, co najbardziej widoczne w ofercie wyjazdów, za wskazanego tysiaka należy opłacić (dwukrotnie) miejsce w samolocie (którego koszt zależny jest od ceny baryłki ropy) i autokarze na trasie transferu z lotniska do hotelu (i z powrotem).  Do tego pokój w hotelu i wyżywienie na czas zakwaterowania, hotelarz musi dać pensje: recepcjonistom, ekipie sprzątającej, obsłudze restauracji, menedżerom itp. W cenie pakietu jest także opieka rezydenta oraz ubezpieczenia KL i NNW. Dodatkowo organizator musi opłacić swoich pracowników i samemu zarobić. Czy zatem jest to możliwe by znaleźć ofertę w tak niskiej cenie? Oczywiście, że nie. Każda taka opcja powinna wzbudzić podejrzliwość, zwłaszcza gdy w biurach podróży ceny są wyrównane i znacznie wyższe. 


Cena nieuwagi


 Od kilku sezonów opinią publiczną wstrząsają informacje dotyczące upadków organizatorów turystycznych. I chociaż bankructw firm w turystyce jest znacznie mniej niż w innych branżach to są one wyjątkowo spektakularne i medialne. Bo która stacja telewizyjna pogardziłaby w sezonie ogórkowym materiałem z egipskiego lotniska, na którym koczują czerwoni ze wściekłości turyści, których oszukał bankrut?

 Niestety, w wielu (jeśli nie w większości) przypadkach klienci sami są sobie winni nakręcając morderczy wyścig cen i naiwnie wierząc, że w czasach galopującego kapitalizmu jakiś organizator- Robin Hood zrzeknie się zarobku na rzecz spragnionych słońca, polskich turystów. Trzeba być wyjątkowo naiwnym, by uwierzyć, że w świecie, w którym wszystko drożeje, kursy walut są podatne na każdą zmianę sytuacji politycznej, a ceny baryłek ropy szybują w górę, ktokolwiek zdoła utrzymać ceny wyjazdów na poziomie sprzed dziesięciu lat. Jeżeli ktoś oferuje wyjazd za połowę ceny innych operatorów oznacza to, że albo na tym nie zarabia (dlaczego zatem nie przyłączył się do organizacji charytatywnej tylko założył firmę organizatorską?), albo czegoś nie opłaca. Jak nie trudno się domyślić, w grę wchodzi najczęściej druga możliwość.

 Scenariusz niemal zawsze wygląda tak samo. Turyści (o ile w ogóle wylecą z kraju) w hotelu dowiadują się, że ich pobyt jest nieopłacony (w wersji optymistycznej- po kilku dniach wypoczynku). Od tego momentu problemy zaczynają się mnożyć. Zdarza się, że hotelarz rekwiruje dokumenty lub bagaże. Najczęściej okazuje się również że oprócz hotelu, także linie lotnicze nie otrzymały zapłaty za lot powrotny. Z godziny na godzinę robi się coraz bardziej wesoło. Jeśli turyści chcą wrócić na ojczyzny łono muszą zapłacić przewoźnikowi setki euro za bilet, które rzadko kto ma. Sytuacja staje się nerwowa. Nie tylko w Turcji/Egipcie/Tunezji, ale także w Polsce, gdzie znajdują się setki (w wersji pesymistycznej- tysiące) osób mających wykupione pakiety na późniejsze terminy. Do gry włączają się organy państwowe- ambasada zaczyna organizować pomoc, zaś w Urzędzie Marszałkowskim województwa, gdzie zarejestrowany był organizator, rozpoczyna się procedura ściągania ofiar.

 Po powrocie do kraju zaczyna się długa i żmudna walka o odzyskanie pieniędzy. O odszkodowaniach najczęściej w ogóle nie ma mowy, bo nie ma ich kto i z czego wypłacać. Dużo szczęścia mają ci, którym udaje się odzyskać choć część utopionej gotówki. 


A nie mówiłam?


 Większości „wpadek” można uniknąć. Wystarczy kierować się zdrowym rozsądkiem i wyobraźnią.  Internet to wspaniała rzecz, z której warto korzystać przy zakupie ofert turystycznych (zwłaszcza gdy nie mamy czasu i możliwości odwiedzenia biura podróży). Rezerwując wakacje należy jednak zachować wszelkie środki ostrożności i nie ufać ani wyjątkowo niskim cenom, ani firmom, których nazwy nigdy nie słyszeliśmy. Wymarzony urlop łatwo może zamienić się w obóz survivalowy na hotelowej plaży lub lotnisku. Jeżeli nie dysponujemy odpowiednimi środkami na wakacje ze snów, zweryfikujmy cele lub odczekajmy i uzbierajmy na sprawdzoną ofertę. Uczmy się na cudzych błędach i nie dostarczajmy pożywki oszustom.

PS Tydzień po upadku biura Alba Tour (sprzedającego oferty na serwisach zakupów grupowych) zadzwoniła do mnie klientka, która znalazła w Internecie (a jakże) ofertę tygodniowego wyjazdu do czterogwiazdkowego hotelu na Majorce w opcji all inclusive za 799 zł. Kiedy zasugerowałam jej, że organizator może być oszustem, a ona może nie wrócić z wyspy, odpowiedziała: „I tak państwo mnie stamtąd ściągnie”. Ręce opadają.