czwartek, 30 października 2014

Ballada o smutnych pożegnaniach

 Zmiana pracy to znakomity czas by przystanąć i zastanowić się nad krętymi ścieżkami kariery zawodowej. Zwłaszcza, gdy owe zakręty wiodą do drzwi Sądu Pracy, a pożegnanie z miejscem, gdzie spędzało się większość swojego czasu, zamiast podania sobie ręki i podziękowania za owocną współpracę, zaczyna przypominać wojnę.


Mimo stosunkowo młodego wieku, zdążyłam już pracować w kilku firmach. Zmiany miejsca zatrudnienia wynikały z różnych powodów- począwszy od etatu na sezon, z którego końcem wracałam na studia, aż do totalnych pomyłek i niezgodności pracy z moimi zainteresowaniami, ambicjami i planami. Niezależnie od przyczyn rozstania, w trzech biurach (w sumie były ich cztery), w których pracowałam, powtórzył się ten sam scenariusz- nie wiedzieć dlaczego nie otrzymałam wynagrodzenia za ostatni miesiąc pracy. I nie jestem w tym temacie wyjątkiem. Jak się okazuje, pracodawcy (niezależnie od branży, choć wszystkie znane mi przypadki dotyczą biur podróży) w chwili, gdy odchodzi od nich pracownik, doznają nagłej pomroczności jasnej i zapominają o wypłaceniu należnych kwot. Oto trzy historie z życia wzięte.
  1. Nie płacę, bo nie mam




Moja pierwsza praca. Pierwsze biuro podróży w karierze. Spełnienie marzeń, niesamowity stres i nieoczekiwany sukces. Po dwóch tygodniach szkolenia, usiadłam przy biurku i oficjalnie stałam się „panią z biura podróży”. Każdy wchodzący klient wywoływał u mnie palpitacje serca, a me czoło zraszał pot. Ale kochałam (i kocham) tę robotę- szybko okazało się, że moje wyniki są lepsze niż długoletnich „wyżeraczy”, klienci mnie lubią, a ja potrafię sprzedać ofertę nawet tym, którzy do biura wchodzili tylko po to by zabić nudę. W pracy podobało mi się wszystko- na nic nie narzekałam, nigdy nie miałam uwag do grafiku (choć potrafiłam mieć kilka zmian jedenastogodzinnych pod rząd), wykonywałam wszystkie polecenia, pokornie przyjmowałam wszystkie uwagi. Przyszedł jednak wrzesień i ze względu na studia musiałam zrezygnować z pracy (odpowiadam od razu: nie, nie dało się pogodzić pracy z dwoma kierunkami studiów). Pracę zakończyłam ostatniego dnia przed początkiem roku akademickiego. Zdałam telefon służbowy, wizytówki oraz dokumentację klientów, uścisnęłam dłoń pani prezes i rozpoczęłam oczekiwanie na wypłatę. Pensja powinna zaksięgować się na koncie do 10. października. Nie było jej ani 10., ani 11., ani nawet 15. Zdziwiona zadzwoniłam do biura z pytaniem co się dzieje. Usłyszałam, że ze względu na sytuację w biurze, pani prezes nie ma z czego wypłacić mi pensji.
Co ciekawe, wynagrodzenie zostało wypłacone wszystkim innym pracownikom.
Pieniądze miały zostać przelane do końca tygodnia, jednak ani w piątek, ani w kolejny poniedziałek, na moim koncie nie pojawiło się nic oprócz ślicznego, okrąglutkiego ZERA. Kolejne telefony nie przynosiły żadnych rezultatów. Przyszła więc pora na ostatnią próbę pokojowego rozwiązania sytuacji- ostatecznego przed sądowego wezwania do zapłaty. W ciągu 3 dni firma cudownie „zdobyła” pieniądze, aby opłacić moją uczciwą pracę. Dziękuję, krzyżyk na drogę.




  1. Nie płacę, bo nie, nie, nie!
Po pełnym wrażeń roku akademickim, postanowiłam wrócić do pracy. Porzuciłam jeden z kierunków studiów i postanowiłam połączyć studia z karierą. Był maj, ofert w turystyce pełno, a moją uwagę przyciągnęło bardzo profesjonalnie i rzeczowo napisane ogłoszenie pewnego poznańskiego organizatora krótkich wypadów do europejskich stolic. Stwierdziłam, że warto spróbować. Po tygodniu praca była moja. Uskrzydlona sukcesem nie przeczuwałam, że z pozoru profesjonalni właściciele to pseudobiznesmeni, którzy słyną z niewypłacania pracownikom i pilotom należnych pieniędzy. Ze snu wybudziła mnie wizyta w biurze byłej pracownicy, której pseudoprezesi „wisieli” kilka tysięcy złotych. Później było już tylko weselej, a z opowieści koleżanek z pracy dowiedziałam się, że takie praktyki są w tej firmie na porządku dziennym, a poszkodowanych są dziesiątki. Biorąc pod uwagę doświadczenia z poprzedniej pracy, stwierdziłam, że odchodzę wraz z końcem umowy. W międzyczasie pojawiła się propozycja pracy w ciekawym, sieciowym biurze, więc nie podpisałam kolejnej umowy. Oznaczało, że z końcem czerwca stawałam się wolnym człowiekiem. Tradycyjnie, do 10. lipca wynagrodzenie nie pojawiło się na koncie. Właściciele nie odpowiadali na maile i telefony, a we mnie narastały złość i zażenowanie.
W końcu pojechałam do siedziby biura, ponieważ pani prezes oraz pana prezesa notorycznie nie było w pracy (choć od koleżanek wiedziałam, że po prostu nie chcą ze mną rozmawiać i mimo obecności w swoich „gabinetach” kazali temu zaprzeczać). Od pani prezes dowiedziałam się, że zachowałam się nieuczciwie nie przedłużając umowy, że jestem niedojrzała emocjonalnie (ciekawa konkluzja po miesiącu pracy) oraz że drogą do wypłaty pensji jest podpisanie góry papierów i zrzeczenie się praw autorskich do wszystkiego, co stworzyłam w firmie. Podpisałam wszystkie mniej lub bardziej idiotyczne papiery licząc, że w końcu otrzymam pensję. Płonne me nadzieje. Pieniędzy standardowo nie było ani w wyznaczonym terminie, ani dzień później. Wysłałam przed sądowe wezwanie do zapłaty, które w poprzedniej firmie zmotywowało moich pracodawców i pomogło odnaleźć źródło gotówki szybciej niczym GPS drogę.
Znając jednak wielmożnych prezesów wolałam upewnić się czy pismo przeczytali i czy aby na pewno je zrozumieli. W trakcie rozmowy telefonicznej upewniłam się nie tylko , że przeczytali i zrozumieli, ale także utwierdziłam się w przekonaniu, że są oszustami jakich mało. Pani prezes kolejny raz kazała mi pisać i wysyłać pismo, w którym zrzekam się praw autorskich i rzekła: „może wtedy przeanalizujemy czy należą się tobie te pieniądze.”.
O jedną analizę za daleko.
Wtedy wściekłam się nieprzyzwoicie. Był sierpień, nadal nie miałam pieniędzy i stwierdziłam, że czas wytoczyć najcięższe działa. W sądzie pracy dowiedziałam się wszystkiego o moich prawach oraz o obowiązkach pracodawcy, przygotowana pod względem prawnym obiecałam szanownym państwu biznesmenom sprawę w sądzie pracy jeśli nie rozliczą się ze mną oraz drugie postępowanie w sprawie poniesionych strat. Wyrecytowałam wszystkie paragrafy, artykuły i akty prawne. Na następny dzień pieniądze miałam na koncie.




  1. Nie wypłacę, bo… bo nie ja wypłacam!
Trzeci przypadek. Najświeższy i „najdorodniejszy”. Bezczelność w czystej postaci. Odchodzę z pracy, według umowy pieniądze mają przyjść DO OSTATNIEGO DNIA MIESIĄCA. Oczywiście ich nie ma. Jakoś mnie to nie dziwi, nawet nie czuję się zdenerwowana i zażenowana. Odkurzam swoją wiedzę z zakresu prawa pracy i zaczynam dzwonić.
Podobno pieniądze już wysyła księgowa (a to ciekawostka- zawsze wypłacał pan prezes!). Pieniędzy brak.
Podobno pieniądze księgowa wysłała na zły numer konta, już to naprawia. Pieniędzy brak.
Podobno pieniądze zostały już wysłane na dobre konto. Pieniędzy brak.
Podczas wizyty w biurze nie dowiaduję się niczego oprócz tego, że pieniądze zostaną wypłacone. Słowa: „Wolałabym dostać pieniądze dzisiaj do reki”, zostają skwitowane przez Pana Prezesa tekstem: „Ja też wiele rzeczy bym wolał!”. Nie działają argumenty związane z prawem pracy, inspekcją pracy, sądem pracy. Nie działa nawet zwykła ludzka przyzwoitość. Kasy nie ma i pojawi się, gdy łaskawca o tym zadecyduje. Kolejno dzwonię, mailuję i odwiedzam biuro. Robi się gorąco.
Pieniądze odzyskałam. Któregoś pięknego poranka, być może wyczuwając moją desperację, Pan Prezes przelał mi je na konto.





Takich Panów i Pań Prezesów/Prezesek w Polsce jest na pęczki. Nie należę do wyjątków, które źle trafiły. Wielu właścicieli firm, choćby tych najmniejszych i niekoniecznie dobrze prosperujących czuje się panami świata, jak gdyby pieczątka „Prezes Zarządu” czyniła z nich istoty na wpół boskie. Pogarda, brak szacunku wobec swojego (byłego) pracownika i prawa to codzienność polskich pseudobiznesmenów. Drodzy Państwo, dzisiaj to Wy jesteście górą, jednak może przyjść taki dzień, w którym jakaś większa ryba połknie płotkę, którą jesteście. Szanuj, a będziesz szanowany.


Podobieństwo osób i zdarzeń jest przypadkowe.