wtorek, 25 listopada 2014

Okiem Specjalistki: Gran Tour Lanzarote - wycieczka fakultatywna wokół Lanzarote

W trakcie spędzanego z biurem podróży urlopu, stajemy przed dylematem- zwiedzać dane miejsce samodzielnie czy zainwestować w pakiet wycieczek fakultatywnych? Do wyboru drugiej opcji podczas pobytu na Lanzarote przekonała nas rezydentka oraz własne lenistwo. Było warto? I tak, i nie.


(Nie)świadome wybory
Lecąc na Lanzarote mieliśmy prosty plan- maksymalnie wypocząć i maksymalnie dużo zwiedzić. Rozważaliśmy wypożyczenie auta, jednak po spotkaniu z rezydentką, która poinformowała zebranych, że na terenie Parku narodowego Timanfaya nie można poruszać się autami, tylko na wyznaczonym parkingu przesiąść się do specjalnego autobusu, stwierdziliśmy, że odpuszczamy auto i wybieramy wycieczkę Gran Tour Lanzarote.
 Koszt takiej wycieczki kupionej u rezydenta to 63 Euro. Wyjazd sprzed naszego hotelu (Be Live Grand Teguise Playa) miał miejsce ok. 7:30. Pozbieraliśmy po drodze gości z hoteli w Arrecife i mniejszych miejscowości na południu wyspy i ruszyliśmy w kierunku Parku Narodowego Timanfaya.


 TIMANFAYA


 Zwany krainą wulkanów park jest największym skarbem i stanowi główną atrakcję wyspy. Zwiedzanie rozpoczyna się w pobliżu przeszklonej restauracji zaprojektowanej przez miejscowego artystę i twórcę całej koncepcji turystyki na Lanzarote, Cesara Manrique. Z tego miejsca roztacza się nieprawdopodobny widok na szczyty wygasłych wulkanów. Przed wejściem do restauracji turyści mają okazje oglądać trzy próby: ziemi, wody i ognia.

 Próba ziemi polega na wydobyciu, przez lokalnego przewodnika, z wierzchniej warstwy ziemi grudek wulkanicznego pyłu, które z racji aktywności geotermicznej obszaru charakteryzują się bardzo wysoką temperaturą. Każdy z turystów otrzymuje garść specyficznego, rudobrązowego żwiru by móc poczuć na własnej skórze temperaturę wulkanu. Kolejną ciekawostką jest próba ziemi, w trakcie której do zagłębienia wkłada się siano. Wysoka temperatura skał powoduje zapłon szczątków roślin. Ostatnia próba jest najbardziej spektakularna- do specjalnych rynien prowadzących w głąb ziemi wlewana jest woda. Pod wpływem gorąca, po kilku sekundach, z ziemi wydostaje się z hukiem snop pary wodnej. Wrażenia są nieziemskie.





Po geologicznym show dostajemy kilka minut czasu wolnego. W tym czasie można zobaczyć wnętrze restauracji z wulkanicznym grillem., który rozłożony jest tuż nad rozgrzanymi do czerwoności skałami. Chętni mogą skosztować kiełbasek lub ziemniaków w mundurkach w astronomicznych cenach.




Krętymi drogami
 Parku Narodowego nie można zwiedzać w inny sposób niż autokarem. Jeśli marzyliście o trekkingu po wulkanach i oglądaniu zastygłej lawy, będziecie rozczarowani. Zakończywszy przygodę z pokazami, grupa wsiada do autokaru i przez kolejną godzinę jest obwożona krętymi drogami po Timanfaya, z krótkimi postojami (bez opuszczania pojazdu) na zrobienie zdjęć co ciekawszym obiektom. Wsiadając do autokaru warto zająć miejsca po przeciwnej do kierowcy stronie, ponieważ stamtąd widać więcej, lepiej i wyraźniej.
 Robienie zdjęć (i ogólnie- podziwianie) tego niesamowitego miejsca to pomyłka. Kompletna pomyłka. Przyciemnione szyby wypaczają kolory, zdjęcia wychodzą niewyraźnie, zewsząd atakują nas flesze. Nie są to narzekania rozpuszczonej turystki, tylko kogoś, kto naprawdę lubi oglądać ciekawe geologicznie miejsca, a studia kończył na Wydziale Nauk Geologicznych. Gdyby turyści mogli poruszać się tuk-tukami lub autobusami bez szyb, wrażenia i wspomnienia byłyby dużo lepsze, a środowisko o tak musi znosić ryk silników i spaliny.

Próbki fatalnych zdjęć (a starałam się bardzo by zrobić jakiekolwiek zdjęcie):




Aloe- psikus
  Niedaleko od serca Timanfaya znajduje sie sławne, szmaragdowe jeziorko El Golfo. Aby móc je podziwiać, należy wdrapać się na punkt widokowy zlokalizowany na platformie skalnej. Wizyta na brzegu morza trwa zaledwie pół godziny, z czego 20 minut zajmuje wejście i zejście z punktu. 





 Nieco dalej znajduje się tzw. Wrzące Wybrzeże z niesamowitymi klifami utworzonymi przez zastygającą lawę. Choć tuż przy granicy skał ciągnie sie droga (deptak), którą można obejść ten fantastyczny fragment wybrzeża, grupa dostała wyłącznie czas na zrobienie kilku zdjęć. 


Kolejnym punktem na trasie wycieczki jest Instytut Aloesu. Oczywiście, na każdej wycieczce musi pojawić się jakiś „instytut”, manufaktura, centrum, ośrodek. Tym razem trafiło na rosnący na Lanzarote aloes. I dobrze, bo przynajmniej jakoś odnosiło się to do miejsca, w którym aktualnie przebywaliśmy. Wyroby z aloesu tej firmy są (a jakże) najlepsze, najbardziej naturalne, najzdrowsze. Przy okazji także najdroższe. O tym jednak nikt nie wspomniał.



 Po wizycie w krainie aloesów w najróżniejszych postaciach, pojechaliśmy na obiad do miejscowości Yaiza. Ogólna konkluzja członków wycieczki była podoba- zamiast trwonić czas przy aloesach, lepiej byłoby przejść się pięknymi uliczkami kanaryjskiego miasteczka. Biznes is biznes. Aloesy musiały być. Gorycz straconego czasu, przysłonił świetny obiad w malutkiej, prowadzonej przez kanaryjską rodzinę knajpce, gdzie można było skosztować miejscowych specjałów. Resztę przeznaczonego na obiad czasu warto wykorzystać na zwiedzenie fragmentu ślicznej Yaizy. Zwłaszcza, że typowych kanaryjskich miast na Lanzarote nie ma wielu, a zdecydowana większość kurortów to powstałe na potrzeby turystów twory.











Wino z wulkanu
 Chociaż zazwyczaj wizyty w instytutach są stratą czasu, tak postój w winnicy produkującej wino La Geria był jednym z najciekawszych punktów Gran Touru. Schowane za specyficznymi kamiennymi parawanami winorośle wyglądały na tle wulkanów kosmicznie. Sama winnica, połączona ze sklepikiem to miejsce magiczne i urzekające atmosferą. Do tego znakomite wina. Chociaż w Polsce dostępne są produkty La Geria, to w winnicy warto kupić jedyne w swoim rodzaju Moscatel Dulce. Wino cudownie słodkie, pozbawione goryczy i co ciekawe, dostępne tylko w tym jednym miejscu. Całą resztę kupicie w miejscowych SPARach za 2 Euro mniej.







Przyjemności dla ciała musiały zostać dopełnione przyjemnościami dla ducha. A duch nie cieszy się bardziej z niczego niż wolności. Poczucie przestrzeni, swobody i piękna to nieodłączne elementy podziwiania krajobrazu wyspy z najwyższego punktu widokowego w samym jej sercu.



 Nie był to koniec pięknych widoków i niezwykłych miejsc. Prawdziwy skarb Lanzarote to Jameo del Aqua. Niezwykły, ciągnący się pod powierzchnią oceanu korytarz stworzony przez zastygająca lawę. Na jego dnie żyją niezwykłe istoty, endemiczny gatunek kraba albinosa. Cuda natury okraszone są dziełem człowieka. Cesar Manrique, widząc to miejsce stworzył koncepcję przenikania się świata ludzkiego i naturalnego. Połączył przyrodę i sztukę w jedno. Część jaskini zajmuje piękna, urządzona w minimalistycznym stylu restauracja, którą z jednej strony wieńczy grota z turkusową wodą, a z drugiej- zbiornik stanowiący dom dla wspomnianych krabów. Po drugiej stronie oczka, wśród roślin ukryte są schody prowadzące do części rekreacyjnej Jameos. Znajduje się tam basen i sala koncertowa ukryta w jaskini. Wszystko wokół tonie w zieleni, tworząc abstrakcyjne połączenie zimnych, wulkanicznych skał i radosnych kolorów wiosny. Nad korytarzem znajduje się wejście do muzeum, które niestety, śmiało można zaliczyć do grupy nudnych instytucji z bielonymi ścianami i eksponatami szczelnie zamkniętymi w szklanych gablotach. Piękno tego miejsce tkwi na zewnątrz, wizytę w muzeum można sobie spokojnie odpuścić.








Kaktusy zmęczenia
 Ostatnim punktem wycieczki jest wizyta w stworzonym przez Manrique (a jakże!) ogrodzie kaktusów. Znajduje się tam tzw. tron teściowej, przy którym zdjęcie zrobiło sobie 80% uczestników wycieczki oraz kilka naprawdę imponujących okazów. Zmęczenie i znużenie całym dniem jazdy było jednak w tym momencie tak duże, że gdyby przeprowadzić głosowanie, większość turystów chciałaby jechać do hotelu.
Ogrodowi Manrique nie sposób odmówić piękna i niezwykłej atmosfery, jednak kaktusy późnym popołudniem, po zwiedzaniu wulkanów i ukrytych przed światłem dziennym jaskini z krabami, było niezbyt atrakcyjne.




Podobną ocenę wystawiłabym także przewodniczce, którą swobodnie można by zastąpić rozdaniem przewodników w formie książkowej lub zestawami słuchawkowymi. Bardzo miła, uśmiechnięta pani nie wiedziała nic, oprócz tego, co samemu można było wyczytać w internecie lub podrzędnym przewodniku. Zabrakło przede wszystkim wiedzy o życiu na Lanzarote, o jej mieszkańcach, o tym, jak wygląda rzeczywistość poza hotelami, w miejscowościach takich jak Yaiza. Zapytana o miejsce pochówku Kanaryjczyków, w popłochu pytała się kierowcy, gdzie jest cmentarz i jak wygląda. W ostatniej chwili pokazała jakąś bramę, mówiąc, że to jest główna nekropolia Lanzarote, ale i tak jej nie widać.
 W branży turystycznej mówi się, że „przewodnik robi wycieczkę”. To absolutna prawda, dobry pilot potrafi wykrzesać nawet z niezbyt ciekawego miejsca dużo wrażeń, a jako znawca tematu- angażuje grupę i czyni czas wycieczki niezapomnianym. W tym wypadku to wyspa obroniła panią, a nie pani wyspę.
 Na szczęście, wiedzę o życiu Kanaryjczyków wzbogaciliśmy w trakcie innej wycieczki z doświadczoną pilotką (o czym będzie kolejny artykuł z serii „Okiem Specjalistki”). Szkoda jedynie, że inni nie mieli okazji wysłuchać tych niesamowitych opowieści o wyspiarskim bycie.

 Ogólna ocena wycieczki to 4 (odejmuje punkty za nudny i drogi instytut aloesu,wymęczone kaktusy oraz brak polotu pilotki). Mimo wszystko to świetna wycieczka, a Lanzarote nie tylko warto, ale trzeba zwiedzić.