wtorek, 2 grudnia 2014

Od turysty do podróżnika. Krótka historia o stracie pieniędzy.

Stało się. Dożyliśmy czasów kiedy każdy chce być podróżnikiem. Sterem, żeglarzem, okrętem. Kowalski nie potrzebuje już biura podróży, Kowalski jest Tonym Halikiem, Elżbietą Dzikowską, Tomkiem Michniewiczem i Martyną Wojciechowską w jednym. Tak Kowalskiemu powiedziano w telewizji, tak Kowalskiemu mówią podróżnicze blogi.

Odkrywać co odkryte

 Z nieskrywanym strachem śledzę każdą informację medialną dotyczącą problemów i upadków organizatorów turystycznych. Na przestrzeni lat, współpracując z wieloma firmami, oprócz dwóch przypadków, łatwo było przewidzieć głośne plajty. Scenariusz zawsze był podobny- obniżanie cen, nie wypłacanie prowizji na czas, coraz gorsza obsługa i jakość usług. Klienci zostawali na lodzie, a media miały pożywkę na długie letnie tygodnie. Równocześnie z doniesieniami o upadkach, w telewizjach pojawiały się rzesze mniej lub bardziej profesjonalnych ekspertów związanych z turystyką. Najczęściej nie były to osoby bezpośrednio związane z branżą, tylko wolni strzelcy. Blogerzy, dziennikarze i "podróżnicy", którzy zbłąkanym duszom mieli doradzać, jak jechać żeby się nie przejechać i jak zaplanować swój urlop, żeby zagrać na nosie oszustom z biur podróży (ogólna konkluzja 99% materiałów była taka, że wszystkie biura podróży to naciągacze i złodzieje).
 Dzięki telewizyjnym gadającym głowom Kowalski dowiedział się, że Kanary w lipcu mogą kosztować 350 zł, dwutygodniowe wakacje w Turcji to zaledwie tysiąc złotych, hotel 5* w Egipcie kosztuje 300 Euro, a tak ogólnie to podróż dookoła świata można mieć za jeden uśmiech. I tym sposobem człowiek, który co roku kupował ofertę w biurze podróży postanowił pokazać agentom gest Kozakiewicza i wydać na wakacje 1/3 tego, co zostawiłby TUI/Neckermannie/Itace/itp.
 Wszystko byłoby idealnie, gdyby Kowalski od telewizyjnych specjalistów dowiedział się, że samodzielna organizacja wczasów to oszczędność pieniędzy, ale nie czasu. Że organizacja pakietu, jaki zazwyczaj kupował, to nie jest kwestia "ogarnięcia booking.com" i kupna biletów lotniczych. A wspaniałe podróże pasjonatów niewiele mają wspólnego z biernym wypoczynkiem z jedną wycieczką fakultatywną, jaki preferował do tej pory Kowalski. Skutek?

Wakacyjna desperacja

 Przyznam szczerze, odczuwam dziką satysfakcję, gdy przychodzi do mnie klient mówiący, że wykupił tani pobyt w hotelu przez internet, a na tydzień przed wyjazdem zrozumiał, że na Kanary trzeba się jeszcze dostać. Zanim do Polski wkroczyły tanie linie lotnicze z połączeniami na Wyspy Kanaryjskie, znalezienie połączenia w rozsądnej cenie w sezonie letnim graniczyło z cudem. Do swojego ultra taniego hotelu, Kowalski musiał więc doliczyć ok. 1,5-2 tys. zł za bilet lotniczy. Bardzo często okazywało się, że w tej cenie nasz bohater miałby całkiem niezły pakiecik z All Inclusive, ale co tam! Pani blogerka- podróżniczka powiedziała, że tak będzie taniej. A Kowalski chciał utrzeć nosa naciagaczom!

Veni, vidi... Jezus Maria!

 Wspaniale, jeśli aspirujący podróżnik pamięta, że do miejsca noclegu trzeba dotrzeć i zawczasu kupi bilety lotnicze w niezłej cenie. Wtedy, dumny z siebie, wsiada do Rajanera albo Łiza, leci i... No właśnie? Co dalej? Okazuje się, że na lotnisku nie czeka na niego uśmiechnięta rezydentka z tabliczką z logo firmy. Nie ma autokaru wiozącego do hotelu. Trzeba radzić sobie samemu. Znaleźć busa, pociąg, taxi i co najważniejsze (i najgorsze) za nie zapłacić!
 Wielokrotnie słyszałam, jak klienci, którzy „przechytrzyli” biuro lądowali we Włoszech i przeżywali szok, że do centrum Rzymu trzeba dojechać (!) i jeszcze trzeba za to zapłacić w Euro. Taniuśkie hotele z bookingu okazywały się obiektami przy autostradach wylotowych z miasta, nie dość, że oddalonymi 35 km od Via del Corso, to jeszcze 70 od lotniska. Tym sposobem Kowalskiemu rzedła mina, a zaoszczędzone Euro trzeba było wydać na transport.
 Oczywiście, można znaleźć transport droższy i tańszy. Trzeba poszukać- o tym jednak nikt w telewizji już nie mówił.
Ozdrowienia dla portfela
 Jednym ze składników pakietu turystycznego kupowanego w biurze podroży jest ubezpieczenie- Koszty Leczenia (KL) i Następstwa Nieszczęśliwych Wypadków (NNW). Powiedzmy szczerze, sumy podstawowych ubezpieczeń nie należą do wysokich i najczęściej nie pokrywają one wydatków związanych ze specjalistycznymi zabiegami, gdy na miejscu będziemy mieć wypadek. Zawsze jednak jest to pewne zabezpieczenie i gwarancja, że nie zostaniemy w na lodzie. Kowalski o doubezpieczeniu się na czas wyjazdu nie wie. Bo "podróżniczka" w TV nie powiedziała. Znam trzy przypadki, kiedy sprytni klienci polecieli na wakacje bez ubezpieczenia. Jeden z nich złamał nogę w Turcji. W prywatnej klinice (do której wozi się klientów biur podróży) usłyszał taką cenę za zabieg i zabezpieczenie kończyny, że poprosił o transport do publicznego szpitala. Widząc szpital publiczny, błagał o powrót do kliniki. Tym sposobem wydał na leczenie tyle, co na pięć wyjazdów wakacyjnych w obrębie Morza Śródziemnego. Ale na wyjeździe do Turcji zaoszczędził!
Dużo większą nauczkę za swoją pazerność dostali inni klienci. Grupka stałych klientów, rok rocznie wyjeżdżających w dalekie rejony świata. Któregoś dnia usłyszeli w telewizji, że wyjazdy, zwłaszcza te egzotyczne, można mieć za pół ceny omijając biura podróży. Jako że były to osoby obyte i znające realia branży, zadbali o szczegóły wyjazdu- super hotel, fajny przelot Emirates, transfer busikiem. Zdziwili się, bo koszt wyniósł ich 80% ceny pakietu biura podróży- myśleli, że zaoszczędzą więcej, ale dobre i 20%. Swój błąd uświadomili sobie dopiero w indyjskim więzieniu.
Kochani klienci, zapomnieli się ubezpieczyć, a kara jaka ich spotkała była nieadekwatna do winy i stanowi jedną z popularniejszych anegdot w branży turystycznej. Podczas pływania na jednej z dzikich plaż, jednego z uczestników przykryła fala. Starszy pan nie poradził sobie z naporem wody, stracił oddech i... życie. Po kilkugodzinnych poszukiwaniach, odnaleziono ciało Polaka. Indyjskiemu policjantowi zachowanie turystów wydało się podejrzane i tym sposobem siedem osób trafiło na indyjski "dołek". Podróżując samotnie nie mieli opieki rezydenta, polska ambasada odezwała się dopiero po kilkunastu godzinach. Zrozpaczona żona wraz z grupą przyjaciół spędzili 48h w warunkach znacznie odbiegających od realiów pięciogwiazdkowych hoteli, a na końcu zostali z zawrotnym rachunkiem za transport ciała do Polski.
 To oczywiście dramatyczny przypadek, ale najlepiej obrazuje, jak bardzo trzeba uważać i na jak wiele szczegółów należy zwrócić uwagę organizując wyjazd samemu.

Podróż za jeden uśmiech

 Niestety, nie każdy powinien i może być podróżnikiem. Zabiegany Kowalski, który co roku przychodził do agenta i nie ma czasu na załatwianie i dogrywanie wszystkich szczegółów wyjazdu, nie stanie się nagle Tonym Halikiem. Wywieranie nacisku i niesamowite wręcz ciśnienie w mediach, żeby jeździć samemu i nie dać się wykorzystywać przez złych organizatorów, nie służy niczemu dobremu. Najczęściej mnoży przypadki, w których turyści zostają bez pieniędzy, urlopu i z poczuciem zmarnowanej szansy. Nikt w programie śniadaniowym nie powie, że organizacja ultra taniego wyjazdu do Turcja zabrała mu pół roku, bo najpierw szanowny bloger- podróżnik szukał biletu lotniczego, po czym leciał 11 godzin z Warszawy do Londynu, z Londynu do Rzymu, a z Rzymu do Antalyi, bo tak było najtaniej. Internetowy napinacz nie zdradził, że jego wspaniały hotel na wybrzeżu, był dwugwiazdkową ruderą bez wyżywienia, oddaloną o 30 km od najbliższego miasta. Nikt też nie wspomni, że gwiazda telewizji prowadzi życie singla, a rodzina z dwójką dzieci, która po prostu chce się zrelaksować i odpocząć od pracy w biurze, ciągłej pogoni za kasą i staniem w kilometrowych korkach przy wjeździe do miasta, przyzwyczajona do pełnej organizacji i opieki ze strony biura podroży, po prostu wymęczy się na takim wyjeździe. Biura podróży są BE!, a ci, którzy z ich usług korzystają to pozbawieni ambicji idioci.

 Przepłaca się nie tylko w biurach podróży, równie łatwo pieniądze można stracić podejmując nieudane próby organizacji wyjazdu na własną rękę- bez zaplecza, wiedzy i czasu. Nie demonizujmy biur, zwłaszcza, że spośród sprawdzonych (!) organizatorów można wybrać oferty lepsze i gorsze, tańsze i droższe. Dla każdego coś miłego.