wtorek, 9 grudnia 2014

Okiem Specjalistki: Grand Tour Fuerteventura - wycieczka objazdowa po Fuerteventurze



 Wyspy Kanaryjskie to jedno z najbardziej magicznych miejsc na ziemi. Rozsiane na Oceanie Atlantyckim skrawki wulkanicznego lądu wyróżniają się spośród innych archipelagów swoją odmiennością, indywidualnym charakterem i bogactwem natury. Będąc na którejś z wysp nie tylko można, ale i trzeba zwiedzić wszystko dookoła oraz wybrać się na siostrzany kawałek lądu.




 Zwiedzanie dla leniucha


 Przyznaję się bez bicia. Podobnie, jak w przypadku Grand Tour Lanzarote, Fuerteventurę zwiedziliśmy za pomocą zorganizowanej wycieczki fakultatywnej. Nie chciało nam się myśleć, planować, dogrywać i szukać. Ot, wymęczeni pracownicy biurowi na urlopie. 


 Zapłaciliśmy 73 Euro od osoby i o 7:30 dwa dni później czekaliśmy na autokar przed hotelem. Czekaliśmy i czekaliśmy… i czekaliśmy. Kiedy po 20 minutach spóźnienia chcieliśmy wracać do pokoju myśląc, że wycieczka została odwołana, na horyzoncie pojawił się bus. Wsiedliśmy i pomknęliśmy do Playa Blanca na prom. Jechaliśmy szybko niczym Robert Kubica w czasach swojej kariery w F1. Nagle zatrzymaliśmy się przed miejscową szkołą i tak staliśmy. Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści minut. Gdy zirytowani staniem wycieczkowicze zaczęli dopytywać o przyczynę postoju, do autokaru wpadło zziajane małżeństwo, mówiąc, że aspirujący do tytułu mistrza rajdów kierowca ominął jeden z hoteli. Zdesperowani turyści złapali pierwszą nadjeżdżającą taksówkę i niczym w filmie akcji kazali prowadzącemu jechać za autokarem. 


 Do promu wpadliśmy jako ostatni. Osoby znajdujące się w ogonie pościgu musiały niemalże przeskakiwać przez odsuwane od wejścia do promu schody. Tuż za nami zamknięto wejście i ruszyliśmy na wyspę wiecznego wiatru.


Wyspa wiecznych wiatrów


 Rejs promem trwa ok. 30-45 minut w zależności od warunków pogodowych. Wszyscy, których żołądki i błędniki źle znoszą podróże drogą morską powinni wejść na wyższy pokład, gdzie właściwie nie czuć bujania. Pozostanie na najniższym piętrze z oknami grozi sporymi komplikacjami zdrowotnymi, które mogą wywołać dyskomfort w trakcie całego zwiedzania.
 Ostatnie spojrzenie na Lanzarote

 Port w Corralejo


 W porcie w Corralejo przywitała nas przesympatyczna Pani Bożena. Jak się okazało, pani przewodnik od lat mieszka na Wyspach Kanaryjskich i miejscowe życie zna od podszewki. Dzięki niej udało nadrobić się braki w wiedzy, jakie pozostały po Grand Tour Lanzarote. Właściwie to Pani Bożena była najjaśniejszym, zaraz po pięknym wybrzeżu, punktem tej wycieczki fakultatywnej.


 Pogoda na Fuerteventurze boleśnie przypomniała nam, że sezon letni dawno już minął, a wiatr, nawet na wyspach wiecznej wiosny, potrafi dać nieźle w kość (a nawet do szpiku kości!). Wicher hulał w najlepsze, a z gęstych chmur padał deszcz. Podczas gdy na Lanzarote wstawał piękny, słoneczny poranek, Fuerteventura postanowiła ukarać nas za to, że nie wybraliśmy jej na urlop.


  Pierwszym punktem na trasie była kozia farma. Jak już wspominałam, „uwielbiam” wszystkie instytuty, sklepy, manufaktury, stoiska i pracownie. Oczywiście i tym razem, wyprawa do koziego domku była bzdurą na resorach, a karaluch- gigant, jakiego zobaczyłam w miejscu, gdzie uzyskiwano od kóz mleko, skutecznie odstraszył mnie od degustacji. 




  
 Ceny były przeciętnie dwa razy wyższe niż w sklepach. Kosztującego 4,5 E rum z miodem, tutaj można było nabyć za 11E. Podobnie z sosami mojo, serami i winami. Jedynym plusem postoju w tym miejscu był jego wystrój- typowo hiszpański, zgodny z tradycją i specyficznym kanaryjskim gustem. Czas przeznaczony na zwiedzanie (chociaż ciężko nazwać obejście gospodarstwa tym słowem) i zakupy był stanowczo zbyt długi. Oczywiście celem tak długiego postoju było ściągnięcie jak największej gotówki od rozochoconych turystów, jednak w pewnym momencie nawet najbardziej szaleni zakupoholicy byli już znudzeni. 






Rum z miodem- w sklepach typu SPAR ta sama butelka kosztuje 4,5E

 Sosy Mojo- najlepsza i najsmaczniejsza pamiątka z Kanarów


 Prawdziwe poznawanie wyspy zaczęło się dopiero w Betancurii, pierwszej stolicy wyspy. Historia malowniczego miasteczka sięga XV wieku, kiedy to Jean de Bethancourt dotarł na wyspę i rozpoczął jej kolonizację. Atutem Betancurii było przede wszystkim położenie wgłębi lądu. Podczas gdy miasteczka położone na wybrzeżu były regularnie łupione przez piratów, Betancuria cieszyła się spokojem i dostatkiem. Obecnie miasteczko zamieszkiwane jest jedynie przez kilka rodzin, które żyją z przyjeżdżających tu turystów. Główną atrakcją jest zabytkowy kościół ze sklepieniem w mauretańskim stylu. Tuż obok wejścia, znajduje się kilka sklepików z pamiątkami, w których polecam zrobić zakupy. Ceny są bardzo przystępne, wybór ogromny, a rzeczy przepiękne.




 Po prawej stronie, za koszami znajduje się wejście do sklepu z tymi orientalnymi cudami...










 Z Betancurii autokarem przejechaliśmy piękną trasą widokową do miejscowości Ajui. Po drodze zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym, z którego rozpościerał się niesamowity widok na serce i wybrzeże wyspy. 


Gdzie jest wiewiórka?




  
 Ajuy to mała rybacka miejscowość z piękną, wulkaniczną plażą.To właśnie tutaj swoje pierwsze kroki na wyspie mieli postawić jej zdobywcy, wspomniany już Jean de Bethancourt oraz Gadifer de la Salle. Po lewej stronie zatoki fale rozbijają się o wysokie skały, natomiast po prawej, znajduje się droga na klify prowadząca do pięknej, czasowo zalewanej wodą jaskini. 


 Wędrówka wzdłuż klifów obfituje w niesamowite widoki. Biorąc pod uwagę, że dróżka prowadzi pośród skał i nie jest utwardzona ani wyrównana w jakikolwiek sposób, spacer odradzam wszystkim posiadającym problemy z poruszaniem oraz rodzicom z małymi dziećmi (zbyt ciężkimi by je nosić i niezbyt doświadczonymi w chodzeniu po nierównościach). 








 Ścieżka prowadzi do stromych schodów do jaskini. 








 Czas przeznaczony na podziwianie klifów jest stanowczo zbyt krótki. Żeby dotrzeć do jaskini, ścieżkę wzdłuż wybrzeża trzeba pokonać w pośpiechu, zaś w jamie można co najwyżej pstryknąć kilka fotek. Nie ma mowy o spokojnym przyjrzeniu się formacjom skalnym, będąc wierną rajdowej nomenklaturze, zwiedzanie przypomina wyścig.


 Z Ajuy przejechaliśmy na obiad w restauracji w centrum wyspy. Moje zdziwienie sięgnęło zenitu, gdy okazało się, że na posilenie została przeznaczona ponad godzina. O wiele więcej niż na zobaczenie pięknego, stromego wybrzeża. 


 Nie wiem, jak długo (statystycznie) w Polsce jada się obiady. Wydaje mi się jednak, że podczas zagranicznego wyjazdu i pobytu na dość egzotycznej wyspie, można czas konsumpcji skrócić do niezbędnego minimum. Przez ponad 40 minut obchodziłam gospodarstwo zabijając nudę. Towarzyszyli mi współuczestnicy wycieczki. 


Po obiedzie przyszedł czas na przejazd i zwiedzanie Parku Krajobrazowego Dunas de Corralejo z niesamowitymi wydmami. Duże, piaszczyste wydmy wyglądają niczym fragment Sahary przeniesiony nad Ocean. Z parkingu przy drodze do brzegu morza idzie się ok. 20 minut. Im bliżej wody tym na horyzoncie pojawia się więcej nudystów, którzy umiłowali sobie to nieco dzikie i odludne (o ile akurat nie przyjeżdża tu autokar z wycieczką) miejsce. 


 Formacje wydmowe robią ogromne wrażenie. O bliskości machiny turystyki masowej przypominają boleśnie dwie paskudne bryły pobliskich hoteli sieci Riu. Od lat na Fuerteventurze toczy się zaciekły spór między mieszkańcami, władzami a managerami hiszpańskiego potentata branży hotelarskiej. Wybudowane w ubiegłym stuleciu obiekty łączą w sobie wszystkie najgorsze cechy nieudanych inwestycji- są szpetne, zbudowane w miejscu, które należy chronić oraz niemożliwe do usunięcia. Co jakiś czas, przed wyborami, na fali wyborczych obietnic władze wyspy obiecują odebranie koncesji na prowadzenie obiektów hotelarskich w tym miejscu oraz wyburzenie paskudnych klocków, jednak od lat nic nie dzieje się w sprawie likwidacji RIU, co pokazuje, że polityczne pustosłowie to nie tylko domena polskich polityków. 







 "Dzieła" architektury



 Prosto z wydm jedziemy do portu na powrotny prom. Morze jest niespokojne, więc powrotny rejs przysparza nieco emocji. Jesteśmy zmęczeni i nie do końca przekonani czy czas poświęcony na zwiedzanie wyspy został dobrze wykorzystany.


Krytyczne oko z Lanzarote


Fuerteventura to bez wątpienia piękna wyspa, jednak wycieczka po niej jest po prostu nudna, długa i źle zorganizowana. Począwszy od zmarnowanego czasu na koziej farmie, poprzez długie, monotonne przejazdy (zajmujące większą część wycieczki) aż do smakowania obiadu, jakby jego autorem był Gordon Ramsay. Zamiast spokojnie przejść się uliczkami Betancurii, podziwiać rozbijające się o wysokie skały fale, spacerować po czarnej plaży czy biegać po złocistych wydmach, uczestnicy są raczeni przydługim spotkaniem z kozami i obiadem trwającym wieczność.


Najjaśniejszym punktem wycieczki była pani przewodnik. Niesamowita kobieta z przeogromną wiedzą na temat historii i życia na Wyspach Kanaryjskich. Przejeżdżając przez miejscowości na Fuerteventurze, pani Bożena opowiadała o codzienności Kanaryjczyków, ich stylu życia, szkołach w jakich się uczą, uniwersytetach, na których studiują, pracach jakimi się parają i pasjach jakim się oddają. Nawet, jeśli wycieczka była „taka sobie” warto było popłynąć na Fuertę, żeby posłuchać opowieści pani B. 


 Ogólna ocena wycieczki to 3+. Program wycieczki spokojnie można zawęzić, skupiając się np..: na jednej części wyspy, dzięki czemu uniknie się długich i męczących przejazdów. Zdecydowanie polecałabym skrócić czas pobytu na farmie oraz w restauracji. Obowiązkowo należy zobaczyć Ajuy i wydmy w Corralejo. Życzę sobie (i Wam także), żeby jak najczęściej spotykać takich przewodników jak pani Bożena, która uratowała tę wycieczkę i sprawiła, że turyści zamknięci w hotelowych resortach mieli okazję dowiedzieć się czegoś o ludziach, którzy ich obsługują w barach, restauracjach, recepcjach i lobby.