czwartek, 19 marca 2015

Dzień, w którym umarła Tunezja

Choć z ekranów telewizorów, okładek gazet i internetowych serwisów krzyczą nagłówki w języku polskim, to nie Polacy, a Tunezyjczycy obudzili się dzisiaj w innej rzeczywistości. Ich świat legł wczoraj w gruzach, a to o czym marzyli rozprysło się na tysiące kawałków. 


Tunezja od początku rozwoju turystyki masowej w Polsce była głównym kierunkiem wakacyjnym rodaków. Sama swoje pierwsze zagraniczne wakacje spędziłam w Sousse. Było tanio, w dobrym standardzie i egzotycznie. W złotych latach popularności, na uliczkach Sousse lub Monastiru można było spotkać więcej znajomych i członków rodziny niż pod własnym domem. Dzięki zawrotnej ilości turystów z Polski, Tunezyjczycy w mig łapali podstawowe wyrażenia w naszym (niełatwym) języku. Polacy zawsze byli w Tunezji lubiani, szanowani i chętnie goszczeni. 

 Pierwsze załamanie przyszło wraz z Arabską Wiosną, która rozpoczęła zmiany i deregulację polityczną w całym regionie. Miało być lepiej- bez tyranicznej władzy, bez łapówkarstwa, nepotyzmu i niesprawiedliwości społecznej. Rozruchy w Tunezji często miały miejsce w miastach, które są także ośrodkami turystycznymi. Najwięksi organizatorzy na rynku szybko ewakuowali turystów. Jedni chcieli wracać wystraszeni tym, co działo się na ulicach (wielu turystów skarżyło się na dym unoszący się znad starych dzielnic oraz dochodzące do nich odgłosy protestów i strzałów) i słyszało w radiu, inni byli oburzeni, że TO skracają im urlopy, ponieważ w turystycznych enklawach jakimi są hotele i dzielnice turystyczne nic się nie działo. 

 W Egipcie sytuacja od początku wyglądała nieco inaczej- Hurghada, Sharm, Marsa Alam, Dahab i Taba są właściwie osobnymi bytami stworzonymi na potrzeby turystów i zamieszkiwanymi głównie przez nich oraz osoby obsługujące ruch turystyczny. Kiedy w Kairze w najlepsze trwały bratobójcze walki, w Hurghadzie turyści spokojnie sączyli drinki i snuli się po uliczkach z tysiącami sklepów. Niestety, w tym przypadku, turystów także należało ewakuować. W razie rozruchów, wojny domowej i podwyższonego zagrożenia aktami terrorystycznymi przestają działać ubezpieczenia- żaden organizator nie mógł pozwolić na to, żeby na terenie innego kraju pozostali turyści nie objęci polisą. Powrotom do kraju z jedej strony towarzyszyło oburzenie niezadowolonych klientów biur podróży, a z drugiej- ogromna skaza na wizerunku Egiptu jako państwa przyjaznego i bezpiecznego.

 Tunezja i Egipt do dzisiaj nie otrząsęły się po wydarzeniach z 2010 r. O ile krajowi faraonów udało się (w bólach) ściągnąć dzięki polityce cenowej część ruchu turystycznego (głównie turystów powracających,takich, którzy w Egipcie już byli), tak Tunezja do wczoraj nie mogła podnieść się z kolan

 Pamiętam relacje moich kolegów z innych biur podróży, którzy lecieli na study tour (wyjazd studyjny, wyjazd dla pracowników biur podróży w celu zwiedzenia i oceny hoteli na danym kierunku- przyp. red.) pierwszym samolotem po wznowieniu sprzedaży kierunku. Tunezyjczycy witali ich jak księcia Williama połączonego z Dalajlamą, Barackiem Obamą i Władimirem Putinem. Gdziekolwiek sie nie pojawiali, byli witani kwiatami, uśmiechami i herbatą. Kraj, w którym jedną z podstaw gospodarki i życia (chyba nie będzie przesadą jeśli to napiszę) większości mieszkańców jest turystyka boleśnie odczuł brak gości z innych krajów. Tunezyjczycy dwoili sie i troili, żeby pokazać jak wielką transformację przeszło ich państwo i jak jest teraz bezpieczne

 Ministerstwo Turystyki Tunezji stworzyło także przepiękną kampanię wizerunkową, której spoty były wyświetlane w najlepszym czasie antenowym, a billboardy zdobiły główne arterie największych miast. Wydawało się, że w 2014 r. coś drgnęło. Klienci biur podroży powoli zaczęli przekonywać się do Tunezji. Coraz częściej słyszałam, że należy lecieć tam teraz- gdy nie ma tłumów, a każdy gość traktowany jest po królewsku. Towarzyszyły temu wspomnienia wielu pustych hoteli, zionących smutkiem i wspomnieniami po czasach świetności. Basenów bez wody, w których zalegała warstwa piasku, pustych leżaków, nieoświetlonych pokojów w resortach. Jednak nastroje były coraz bardziej optymistyczne. Coś zaczynało się dziać. Promyk nadziei miał przerodzić się w ogień.

 I przyszedł 18.03.2015 r. Dzień, w którym po zamachu na Muzeum Bardo kierunek anulowali wszyscy organizatorzy działający na polskim rynku. Oznacza to, że do odwołania, z Polski nie wyleci żaden samolot z turystami. Około 500-1000 turystów (tygodniowo do rozpoczęcia sezonu) nie odwiedzi tego kraju, liczby będą jeszcze większe w sezonie, kiedy to loty do Tunezji miały odbywać się z większości portów lotniczych (z niektórych nawet dwa razy w tygodniu). Umowy z hotelarzami zostały zerwane- nie zapełnią oni nawet części pokoi w swoich obiektach. Nie będzie potrzeby zatrudnienia recepcjonistów, boyów, ekipy sprzątającej, animatorów, barmanów, kucharzy, kelnerów. Hotele nie będą potrzebować środków czyszczących kupowanych w lokalnych hurtowniach, nie będzie także potrzeby sprowadzania do kuchni żywności, owoców, warzyw, napojów. Po turystów nie przyjadą autokary wynajmowane od miejscowych przewoźników z tunezyjskimi kierowcami. Turyści nie przyjdą do tysięcy miejscowych sklepów kupić pamiątek, nie odwiedzą żadnego muzeum, nie wyślą kartek na poczcie, nie kupią od miejscowej kobieciny wypiekanego u niej w domu chleba z kminkiem. Z ulic znikną chłopcy sprzedający kwiaty jaśminu. Na plażach nie będzie ratowników, naganiaczy, ludzi oferujących przejazd "bananem" albo podczepionym do motorówki spadochronem. 

 Wczoraj dla większości Tunezyjczyków skończył się świat. Choć może jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy. Nie ma dla nich pracy, perspektyw i nadziei. Terroryści zmietli ich marzenia o normalności. We wczorajszym zamachu zginęli nie tylko niewinni turyści oraz policjanci, umarła także tunezyjska gospodarka.