piątek, 8 maja 2015

W czasie słońca agenci się nudzą...

Praca w biurze podróży przypomina jazdę na rollercoasterze. W czasie sezonu jeździ się z góry na dół, wykonuje obroty i wchodzi w ostre zakręty, kiedy to klienci walą drzwiami i oknami. Poza sezonem jedzie się prosto, powoli i sennie. 



Studium przypadku

 A jeszcze bardziej prosto, powoli i sennie robi się w biurze, gdy przychodzą pierwsze wiosenne tygodnie z ładną pogodą. Kwitną kwiatki, trawa się zieleni, słoneczko opala na czerwono i rzadko komu w głowie myślenie o wakacjach, biurach podróży i ofertach. Impas nie trwa długo, ponieważ niebawem klienci oswoją się z intensywnością kolorów, temperaturą, która pozwala na poranne wyjście z domu bez ekwipunku himalaisty oraz możliwością opalania na balkonach i działkach. Nastąpi powrót ludzi do biur podróży, wzrost zapytań mailowych, a telefony znowu zaczną się urywać. Jednak do tego czasu trzeba sobie jakoś poradzić. Oto moje sposoby na pokonanie turystycznego niebytu.

I Etap: Wiara i walka

 W tym etapie mimo braku klientów mam co robić. Zajmują mnie sprawy biurowe. Załatwiam zmiany, sprawdzam ceny, szukam okazji, wysyłam mailing, oklejam katalogi, przygotowuję wywieszki. Jednak nic nie trwa wiecznie- po zrobieniu wszystkiego, co należy do moich obowiązków zaczynam tępo patrzyć w monitor. I Etap to czas, kiedy wierzę, że ktoś wejdzie do biura, więc nie mogę poświęcić całej uwagi i skupienia na jednej czynności. Wtedy przychodzi czas na...

10. Przeglądanie zdjęć hoteli
 Nie znam ani jednego pracownika biura podróży, który byłby wszędzie i widział wszystko. W monoagenturach (czyli salonach własnych) jest nieco łatwiej zdobyć wiedzę o produkcie, ponieważ jest on okrojony do jednego organizatora. Jeśli jednak sprzedaje się w multiagenturze to do przyswojenia ma się kilkanaście katalogów licząch setki hoteli. 
 Moim ostatnim odkryciem jest strona oyster.com, która dysponuje zawrotną ilością autorskich zdjęć obiektów na całym świecie. Zdjęcia są podzielone na kategorie, a obfoografowane jest właściwie wszystko. 

9. Czytanie opinii o hotelach
 Część mojej pracy, która bardzo często przeradza się w program satyryczny pt.: "Czego to ludzie nie wymyślą". Zawsze zaczynam od hoteli, które mnie interesują albo które znam nieco gorzej, a kończę na szukaniu najdziwniejszych i najbardziej absurdalnych opinii. Kiedyś namiętnie czytałam opinie na wakacje.pl, jednak teraz przerzuciłam się niemal wyłącznie na holidaychecka i itaka.pl (gdzie opinie zostawiają faktycznie klienci biura, bowiem do publikacji potrzebny jest numer rezerwacji). Oprócz masy potrzebnych informacji od klientów, wchodząc na tego typu portale należy nastawić się na zalanie falą frustracji, złośliwości i niewspółmiernych do kosztów wycieczki wymagań, którym nawet najlepsze hotele nie byłyby w stanie sprostać. I tak na przykład mamy gros klientów, dla których brak miniboiska do siatków (było tylko do koszykówki) zepsuł urlop, zbyt duża ilość miejscowych na plaży zniszczyła wakacje, a brak kelnera, który nalewa napoje w barze (w hotelu jest automat) sprowadził ich wypoczynek do miana kuriozum. 

8. Szukanie najlepszych hoteli
 Każdy agent marzy, że do jego biura wejdzie klient, który będzie miał połowę majątku Billa Gatesa i na pytanie o górny limit finansowy odpowie "Nie kłopoczmy się tym. Hotel ma być najlepszy!". W chwilach bezruchu myślę o moim kliencie z zasobnym portfelem i wybieram mu hotel. Złota, marmury, baldachim nad łóżkiem, szezląg i prywatny consierge albo totalna asceza, szkło, biel, nowoczesność i sterowanie wszystkim IPadem. Nie wiem co mój Christian Grey, który przyleci prywatnym śmigłowcem do biura podróży będzie wolał, więc zabezpieczam się na każdą ewentualność. Rating na holidaychecku to minimum 5,7 przy 90% rekomendacji. Hotele muszą sprostać wymaganiom wyimaginowanych klientów...
UWAGA: Przeglądanie zdjęć takich hoteli grozi depresją!

7. Statystyki sprzedaży
 Każdy kto ze mną pracował lub pracuje, wie, że jestem miłośnikiem wszelkiej maści statystyk. Z pasją analizuję, obliczam, planuję i rozdzielam. Zakładka "statystyki" w systemie rezerwacyjnym jest eksplorowana przeze mnie na setki sposobów. Które kierunki biuro sprzedaje w największej ilosci, jaki jest wkład w sprzedaż ekspedientów, jakie kierunki sprzedaje każdy z nich, czy istnieją duże dysproporcje sprzedażowe u poszczególnych osób. Kiedy zostało założonych najwięcej rezerwacji, jaki jest współczynnik konwersji, w którym miesiącu wysyłamy najwięcej osób na urlop.  Z jakich miast lecą, dokąd, jakie obiekty wybierali, w ile osób podróżują. 
 Racjonalnie rzecz ujmując- nie wiem dlaczego to robię. Ale coś robić trzeba, prawda?

6. Sytuacja na rynku
 Nie ukrywam, że jestem totalnym freakiem w kwestii turystyki. Lubię wiedzieć co, gdzie i jak się dzieje. Odwiedzam turystyka.rp.pl, tur-info.pl, rynek-turystyczny.pl oraz papierowe "Wiadomości turystyczne". Punkt nr 6 wynika z nr 5- lubię statystyki i sama porównuję raporty ze sprzedaży u różnych organizatorów, śledzę ich wzrosty i cieszę się ze spadków (jednej firmy tylko, żeby nie było!). 

II Etap:  Desperacja i nędza

 Kiedy zaczyna brakować nadziei na wizytę jakiegokolwiek klienta, w galerii panują pustki, a nawet przy obleganym 24h na dobę McDonaldsie nie ma kolejki, wiem, że nic już się nie wydarzy. Moja frustracja i zniechęcenie wchodzą na najwyższy poziom i zaczynam po prostu zabijać czas (rozwiązania z I Etapu były rozwijające i inspirujące, II Etap oznacza próbę przetrwania). Oto moje sposoby by bie zasnąć.

5. Sprawdzanie cen u konkurencji
 Przelogowuję się na ogólny system rezewacjyjny i patrzę jak kształtują się ceny ofert last minute u wszystkich organizatorów dostępnych na polskim rynku. Jest to moment decydujący o moim nastroju i atmsferze panującej danego dnia. Jeśli konkurencja ma wyższe ceny to z satysfakcją myślę o klientach, którzy nie przyszli do mnie tylko wykupili oferty w innym miejscu. Wyobrażam sobie jak wchodzą na stronę internetową i chce im się płakać, że mogli zaoszczędzić tyyyyle pieniędzy kupując np.: u mnie. Oczywiście, są to prymitywne i złe pobudki, ale cóż zrobić? W momencie beznadziei człowiek chwyta się każdej deski ratunku (nawet jeśli ma ona drzazgi w postaci czystej złośliwości). W opcji drugiej konkurencja ma niższe ceny. Wtedy następuje załamanie: nikt nie wejdzie, a jak już wejdzie to co ja mu dam, a jak już ma dam i pójdzie w inne miejsce to zobaczy, że inni mają taniej. Szukam pospiesznie w szufladach brzytwy żeby ukrócić swój marny los...

4. Wybieranie ofert dla siebie
 Niezależnie od tego, czy konkurencja ma ceny niższe lub wyższe, w sytuacji bezruchu odczuwam frustrację. A nic nie koi lepiej frustracji niż myślenie o własnym urlopie. Nieważne, że nie mam: 1. pieniędzy; 2. niewykorzystanego urlopu; 3. czasu. Rozpoczynam poszukiwania moich wyśnionych wakacji. Zastanawiam się gdzie jechać, co zobaczyć, co zjeść, co robić. Szukam ofert, najlepszych cen, najciekawszych programów. Tradycyjnie sprawdzam ceny wycieczek do Iranu, na wschód Turcji, do Armenii, Meksyku i Nowej Zelandii. Ewentualnie jakiegoś hotelu, gdzie wyłożę swe umartwione ciało na plaży i będzie mi wszystko jedno. Wszystkie dni urlopowe mam już zaplanowane na dwa lata do przodu. Aktualnie szukam czegoś na drugą połowę 2017 r.

3. Dubaj
 Kocham samoloty, kiedyś chciałam być stewardessą ale pochłonęły mnie czeluście biura podróży. Jakby tego było mało pracuję z byłą stewardessą. Oznacza to mniej- więcej tyle, że tematy związane z lotniskami, lotami, liniami lotniczymi i wszystkim co zawiera zbitkę literową "lot" jest naszym chlebem powszednim. Nie pamiętam już kto i w jakich okolicznościach odkrył ten program i wpadł na to, że jest dostępny na YouTube, jednak na długo zawładnął on naszymi sercami i umysłami. "Megalotnisko w Dubaju" to absolutny hit smutnych listopadowych dni, kiedy do większości biur nie zagląda nawet pies z kulawą nogą. Te samoloty! Ci ludzie! Te narkotyki! Węże w walizkach! Terroryści, katastrofy, bieganie z krótkofalówkami, poganianie spóźnialskich! Totalna odmiana dla naszego biurowego bezruchu...

2.Flightradar
 Skrajnym przykładem samoudręczania się jest podglądanie przeze mnie flightradar24.com. Szukam samolotów udających się na Wyspy Kanaryjskie, Cypr, Cyklady, Maltę i Maderę i trzęsę się z zazdrości. Jest to etap, w którym mam ochotę wyć do księżyca i błagać napotkanych ludzi, żeby do mnie przyszli. Chociaż po katalog, jedną ofertę, malutki wydruk, długopis z logo...

1. Relacje z podróży poślubnych na YouTube
 Emiraty Arabskie, Bora Bora, Mauritius, Seszele, Sri Lanka, Margerita. Nienawidzę tych młodych par. Siedzę w biurze, na zewnątrz świeci słońce, wszyscy wybyli za miasto, leżą na kocykach, sączą cydr, jedzą ciasto drożdżowe, a bohaterowie filmików lecą do egzotycznych krajów. Czy może być gorzej? Mam ochotę walić głową o blat biurka. Cofam się do punktu nr 4. Przecież moja sytuacja musi się kiedyś odmienić.