Koronapanika

Turystyka to branża podatna na wszystkie możliwe czynniki, począwszy od chwilowej mody, poprzez aktualną sytuację geopolityczną skończywszy na wszelkiej maści zagrożeniach (prawdziwych lub nie). Za tym wszystkim stoi człowiek. Bo turystyka to przede wszystkim ludzie.

2020 rok rozpoczął się wybuchowo. Dosłownie. Po zamachu na irańskiego wojskowego, eskalacji uległ konflikt na linii USA- Iran. Do tego wszystkiego doszło omyłkowe zestrzelenie ukraińskiego samolotu w Teheranie. Biura podróży przeżyły szturm klientów lecących do Emiratów, Omanu, Tajlandii i innych kierunków, których loty odbywają się korytarzami powietrznymi nad Iranem. Nikt nie chciał lecieć na swój urlop w okolice Zatoki Perskiej, a ci, którzy wybierali się dalej, wymagali poświadczenia o zmianie trasy. Po niecałych dwóch miesiącach nikt już nie pamięta o styczniowej panice. Dzisiaj strach wywołuje koronawirus, a fala paniki zmieniła po prostu swoje źródło.

Czy tam jest bezpieczenie?

Żyjemy w globalnej wiosce. To, co dla naszych babć i dziadków było końcem świata, dla nas oznacza kilka godzin lotu i ewentualną przesiadkę. Podróżujemy masowo, tłumnie, często. Współczesne “tam” to tak naprawdę “tutaj”. Nie ma już nieprzekraczalnych granic- ani państwowych (nawet do jeszcze niedawno niedostępnej Arabii Saudyjskiej można wjechać jako turysta, to samo tyczy się Korei Północnej), ani odległościowych (dolecieć i dojechać można wszędzie, biura podróży od lat oferują wycieczki na Everest, Bieguny i pustynie). Wirus w jednym miejscu oznacza zagrożenie w skali makro, bo dzisiaj nic nie dzieje się już w skali mikro. Chiny nie są już mitycznym, dalekim, azjatyckim krajem. Racjonalnie ujmując, są naszym sąsiadem oddalonym o kilka godzin bezpośredniego lotu. Zabrzmiało groźnie, ale nie o to chodzi.

Nikt nie chce zarazić się jakimkolwiek wirusem i rozumiem strach przed zakażeniem. To naturalne- nie chcemy mieć przecież kataru, anginy, zapalenia zatok i gardła, a co dopiero wirusa, który zabił na świecie kilka tysięcy osób. Czy boimy się jednak grypy, której śmiertelne żniwa ocenia się na kilka milionów ludzi? Czy z powodu panującego w Polsce wirusa sezonowej grypy przestajemy jeździć do znajomych w Warszawie albo do rodziców w innym mieście? Czy ktokolwiek odwołał swój wylot na Maderę, bo zmarła tam osoba chora na grypę? Albo czy ktoś nie pojechał do Berlina, choć co roku w miejscowych szpitalach umiera kilkaset osób na powikłania grypy? Nie sądzę, a “zwykła” grypa jest o wiele bardziej śmiercionośna niż koronawirus.

Rozum, a nie serce

Ja też boję się koronawirusa- nie chciałabym go złapać. To ludzkie. Nie poleciałabym do Chin ani nie odwiedziłabym teraz Mediolanu. Nie muszę i nie chcę. Rozumiem także innych, którzy nie chcą. Nie rozumiem natomiast przesadnego wpadania w panikę. W stan, który w turystyce jest chlebem powszednim.

Aktualnie klienci boją się każdego kierunku, często w tak dalekiej przestrzeni czasowej, że ciężko stwierdzić czy wszechświat będzie jeszcze wtedy istnieć. Pytania o możliwość rezygnacji z wyjazdu, zmiany kierunku lub terminu- większość specjalistów w biurach zapomina już co to znaczy sprzedaż. Każdorazowo nasuwa się pytanie- czy pierwszy przypadek koronawirusa w Polsce (a taki na pewno będzie, bo Polacy podróżują na potęgę, choć lubimy narzekać, że jest biednie, źle i smutno) sprawi, że przerażeni pytający opuszczą swoje domy i kraj? W takim samym stopniu na zarażenie jesteśmy narażeni na ulicy Głogowskiej w Poznaniu, co na Sheikh Zayed Road w Dubaju. Nie ma miejsc mniej lub bardziej bezpiecznych, bo masowo podróżujemy i osobę zarażoną możemy spotkać wszędzie. Może być to student, który właśnie wrócił z nart we Włoszech, ale także nasza ciotka, która mieszka w Chicago i do Polski leciała z przesiadką. Żyjemy w świecie ruchu, bezustannej zmiany miejsca pobytu. Dzisiejsza panika związana z kwarantanną hotelu na Teneryfie może zamienić się w pierwszy przypadek w Gliwicach, Kozich Głowach lub Szczecinie. Czy wtedy wszyscy zawiesimy nasze podróże małe i duże? Nie pojedziemy do pracy tramwajem? Nie zrobimy zakupów w Biedronce? Odpowiedź brzmi nie. Będziemy żyć tak, jak do tej pory. Może z większą troską o higienę i własne zdrowie. A przecież myć ręce i dbać o zdrową dietę można już dzisiaj i to bez widma koronawirusa.

Newsy, a nie fake

To, co aktualnie wiemy na temat koronawirusa dotyczy tego, że “nie lubi” higieny i panoszy się tam, gdzie jej brak. Jest szalenie niebezpieczny dla osób z osłabioną odpornością, zwłaszcza dla tych w podeszłym wieku i borykających się z poważnymi chorobami przewlekłymi (właściwie wszystkie ofiary we Włoszech były starsze i schorowane). No i najważniejsze, przytłaczająca większość osób zdrowieje. Często bez podawania leków.

Oznacza to mniej- więcej tyle, co w przypadku naszej jesienno- zimowej przyjaciółki, czyli grypy- należy dbać o siebie, a ucieczka do piwnicy na niewiele się zda. Osłabiony organizm wyłapie wirusa niczym sonar, a zetknięcie z jedną jedyną randomową osobą, która jest zarażona może oznaczać naszą chorobę. Niezależnie czy będziemy na klatce schodowej w naszym bloku, wypasionych wakacjach na Teneryfie czy na nartach we Włoszech.

Zanim zaczniemy panikować, warto pomyśleć jak zabezpieczyć się nie tylko przed koronawirusem, ale także każdym innym wirusem. Bo każdy może się okazać dla nas niebezpieczny.

Większość osób na świecie nie ma pojęcia, że przebyło toksoplazmozę. Sama przekonałam się o istnieniu takiej choroby dopiero podczas badań prenatalnych. Czy ktokolwiek bije na alarm, choć ta choroba też może być niebezpieczna, a dla płodu śmiertelna? Takich chorób jest więcej, uwierzcie.

Bezustanne niebezpieczeństwo

Cały czas jesteśmy narażeni na niebezpieczeństwo związane z różnego rodzaju chorobami. Nie zamierzam mówić, że koronawirus jest okej i zachęcać kogokolwiek do szalonych podróży wgłąb Chin. Tak samo nie polecam iść do pracy z grypą albo odwiedzać znajomych przechodzących tę chorobę.

Póki co, koronawirus masowo wyłącza racjonalne myślenie. I to jedna z jego najgorszych konsekwencji. Może nie zabrzmi to krzepiąco, ale na każdym wyjeździe (zwłaszcza egzotycznym) można złapać paskudną chorobę- sama z Azji przyjechałam z antybiotykoodporną bakterią, której zwalczenie zajęło mi trzy miesiące i pochłonęło mnóstwo pieniędzy. Mimo tych zagrożeń podróżujemy, a uwierzcie mi- więcej trudnych przypadków przyjeżdża co roku ze “zwykłych” wakacji w Tajlandii, na Bali, Dominikanie czy Zanzibarze niż jest aktualnie chorych na koronawirusa na świecie.

Wiecie co może nas uratować? Spokój, higiena i dbanie o siebie. Ognisko koronawirusa wciąż jest tak samo blisko, ale my możemy być od niego daleko.

Możliwość komentowania na blogu została wyłączona- dyskusja, w której komentarze firmujemy własnym nazwiskiem toczy się w poście na FB. Internauto, pamiętam- nie jesteś anonimowy w sieci, choć tak może się wydawać! Do dyskusji zapraszam TUTAJ!

komentarze 3

  1. Myśle, ze największym zagrożeniem są samoloty i lotniska. Sam pobyt na plazy pewnie nie.

    • Samoloty zawsze są największą szansą na.zlapanie wirusa, zwłaszcza, jak dochodzi jet lag i zmęczenie, bardzo łatwo wtedy coś złapać po długiej podróży.

  2. Ma Pani całkowitą rację, jeśli chodzi o samego wirusa. Problem w tym, że wyjazd np. do Włoch może się skończyć dwoma tygodniami w “areszcie hotelowym” z powodu kwarantanny. Czyli zagrożeniem jest nie tyle wirus, co reakcje administracji – nie zawsze sensowne.
    Na szczęście mam wyjazd we Wrześniu, więc czekam spokojnie.
    Pozdrawiam.