Pierwsza pieczątka w paszporcie

Żadnego wyjazdu nie pamięta się tak, jak pierwszego. To prawda, bo mój pierwszy zagraniczny wyjazd sprzed 19 lat pamiętam do tej pory z taką intensywnością, jakbym dopiero co wróciła z wakacji.

Uwielbiam sprzedawać klientom ich pierwszy zagraniczny wyjazd. Wiem, że na zawsze pozostanę w ich pamięci częścią niesamowitych wspomnień, kimś, kto wprowadza ich do innego świata, dokonuje rytuału inicjacji. Brzmi górnolotnie, wiem. Mam jednak świadomość, jak ważny jest ten pierwszy wyjazd- jak wiele wspomnień, anegdot, pamiątek i znajomości zostanie z niego przywiezionych.

Skąd to wiem? Bo doskonale pamiętam swoje pierwsze zagraniczne wakacje, a było to 19 lat temu. Wszystkie kolejne wyjazdy, choć piękne, zlewają się ze sobą, są atomami wspomnień.

Przed pierwszymi zagranicznymi wakacjami świat leżący poza granicami Polski był dla mnie czymś odległym, nieosiągalnym, dziwnym. Od zawsze interesowały mnie inne kultury i ludzie żyjący w odmienny sposób, ale były to zagadnienia teoretyczne, a nie kwestia marzeń o zobaczeniu tego, co znam ze swoich lektur. I tak byłam szczęściarą- każde wakacje spędzałam nad Bałtykiem. Polskie morze i goferek były dla mnie synonimami letnich wyjazdów.

Każdy człowiek znajduje inny powód by wyjechać pierwszy raz. Nasz powód był prozaiczny- podczas któregoś z bałtyckich wyjazdów przez 12 dni na 14 lał deszcz i było zimno. Moja mama, płonąc z wściekłości powiedziała, wyjeżdżając z zimnego i mokrego Mrzeżyna, że to ostatni raz i za rok cały urlop będzie słoneczny. Jak powiedziała tak zrobiła. Kilka miesięcy później weszła do biura podróży i wyszła z ofertą do Tunezji.

I tym sposobem pod koniec czerwca roku pańskiego 2001 poleciałyśmy liniami lotniczymi LOT (tak, to też pamiętam i tak, LOT kiedyś czarterował swoje samoloty na loty do Tunezji) na swoje pierwsze zagraniczne wakacje.

Dzisiaj te dwa tygodnie w Tunezji są dla nas niewyczerpanym źródłem beki. Stres na lotnisku, bo do tej pory samoloty widziałyśmy co najwyżej w telewizji, strach przed ostrym słońcem, lęk przed inną kulturą, do tego nasz kompletny brak obycia w świecie i przekomiczny dresowy outfit, bo przecież na sportowo znaczy wygodnie! Z tych wakacji przywiozłyśmy stos beznadziejnych, badziewnych pamiątek, za które przepłaciłyśmy po stokroć, bo nasze umiejętności negocjacyjne na tunezyjskim souku były więcej niż żenujące.

 

 

Podobało nam się wszystko. Absolutnie wszystko. Szczytem luksusu był dla nas trzygwiazdkowy hotel położony po środku niczego- Jinene. Bufet składający się z dwóch stołów, dystrybutor z chemicznymi sokami oraz całe dwa (!) rodzaje ciast skradły nasze serca. Zachłysnęłyśmy się także basenem- wow, hotel ma basen! Basen, w którym można pływać ile się chce i kiedy się chce!

Jednak największą atrakcją i źródłem naszego zachwytu były palmy. PALMY. P A L M Y. Na ulicach, przy chodnikach, na terenie hotelu, koło plaży. Magiczne drzewka, symbol tropików. Wyrazem palmowej pasji są rozliczne zdjęcia z mniejszymi, większymi i średnimi palmami.

Koszty zagranicznego wyjazdu były znacznie wyższe niż budżetowe wakacje nad Bałtykiem- na zwiedzanie nie pozostało nam zbyt wiele pieniędzy, jednak to, co miałyśmy rozdysponowałyśmy na poznawanie skrawka Tunezji. Nie pojechałyśmy co prawda na wymarzoną przez mamę Saharę, ale pobliskie Sousse, Port El Kantaoui i Monastir zwiedziłyśmy tak dokładnie, że nawet dzisiaj odnalazłabym się w tych miejscach.

Oprócz torby tandety wróciło z nami coś jeszcze- pasja do poznawania świata, do oglądania go w realu, a nie w książkach. Wakacje w Tunezji to dla mnie żywe wspomnienie złotego piasku i lazurowej, ciepłej wody. Jest to także gęsia skórka, której dostałam gdy usłyszałam pierwszy raz adhan. I nie, nie zostałam muzułmanką, ale był to początek mojego ogromnego zainteresowania islamem, które zaowocowało wyborem kierunku studiów oraz miejsc moich kolejnych podróży.

I wiecie co? Cieszę się, że jestem “początkiem” podróży moich klientów i to ja wysyłam ich w miejsca, które ich zachwycą, w których będą fotografować palmy, mieć ciarki na plecach i może będą początkiem wielkiej pasji. A to wszystko dzięki dwóm deszczowym tygodniom w Polsce. 🙂

Komentarzy: 1

  1. Widzę,że Tunezja to nie tylko moja pierwsza pieczątka 😉 Byłem tam w 2000r, miałem 10 lat i jeszcze świeże wspomnienia z lektury szkolnej “W pustyni i w puszczy”. Kraj był dla mnie urzekający, tajemniczy, pachnący przyprawami na soukach. Byłem przeszczęśliwy mimo słabego hotelu na odludziu ( hotel Diar Meriam – nie wiem jak to się poprawnie pisze ). Faktycznie w porównaniu do standardów z dzisiaj w hotelu nie było praktycznie nic poza basenem, który oczywiście dla mnie był mega atrakcją 😉 No i pierwszy raz ciepłe, czyste Morze Śródziemne, muszelki, jedzenie w knajpkach portu El Kantaoui, długie zakupy w Medynie Sousse, wycieczka na własną rękę z siostrą pociągiem klasy “Z” do Monastiru i Mahdi. Palmy, oleandry, hibiskusy, daktyle…Wycieczka na pustynię do osady Douz, przejażdżka wielbłądem, amfiteatr w Al-Dżamm,ruiny Kartaginy…. Magiczne wspomnienia.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*