Recenzja- wycieczka objazdowa: W orientalny deseń ITAKA

Utarło się, że Azję najlepiej zwiedzać samemu. Zgodzę się z tym, choć jako wieloletni pracownik biura podróży wiem, że Azję (i generalnie każdy kraj świata) można zwiedzić także w zorganizowanej grupie, z biurem podróży i przewodnikiem. I wcale nie jest to grzech, bo nie każdy ma duszę odkrywcy, smykałkę do wyszukiwania lotów i opracowywania tras oraz czas potrzebny do organizacji takiego wyjazdu.

Oczywiście, jak większość osób pracujących w turystyce chciałam być Indianą Jonesem i przez kambodżańską dżunglę przedzierać się z maczetą i po walce z bujną zielenią, ze zroszonym potem czołem stanąć twarzą w twarz z tajemniczym Angkorem. Ale… nadarzyła się okazja i wraz z biurem podróży Itaka oraz 18-sto osobową grupą wyruszyłam do trzech azjatyckich krajów, by jako pracownik zobaczyć, co sprzedaję, a jako zwykły śmiertelnik- przeżyć magiczne chwile i zobaczyć miejsca o których odwiedzeniu marzyłam od czasów liceum.

Długo zabierałam się do tej recenzji i przede wszystkim, muszę zastrzec na samym początku- trasa wycieczki bywa modyfikowana, dlatego zawsze dopytajcie w biurze, czy trzy dni wypoczynku spędzacie w Wietnamie czy w Tajlandii oraz jakimi liniami lotniczymi lecicie. We wpisie nie będę oceniać pracy przewodnika (pilota), ponieważ rzadko kiedy prowadzący dublują się na tej trasie, a nie chce Wam wypaczać jej obrazu. Pozwolę sobie za to dzień po dniu opisać Wam, co tak naprawdę się działo, co warto, a czego lepiej unikać. Zapraszam Was na podróż w orientalny deseń. 🙂

1. DZIEŃ.
Zbiórka uczestników na lotnisku. Wylot z Warszawy do Tajlandii.

Do Bangkoku lecimy liniami Emirates z przesiadką w Dubaju. Emirates jak to Emirates- jest miło, komfortowo i wygodnie. Mimo 5 godzin oczekiwania na kolejny samolot czas płynie szybko, bo dubajskie lotnisko z setkami sklepów sprawia, że nie ma tu miejsca na nudę.

2. DZIEŃ. BANGKOK
Przylot do Bangkoku. Transfer do hotelu. Zakwaterowanie. Czas wolny. Fakultatywnie (za dodatkową opłatą na miejscu): kolacja w restauracji na 78. piętrze hotelu Baiyoke Sky, najwyższego budynku w Tajlandii skąd roztacza się panoramiczny widok na miasto. Następnie wieczorny spacer po tętniącej życiem słynnej ulicy Khao San. Powrót do hotelu, nocleg.

Po przylocie i dojeździe do hotelu następuje oficjalne spotkanie z pilotem na którym zbierane są pieniądze (opłaty opisane poniżej), przedstawiany jest plan wycieczki oraz istnieje możliwość zakupu dodatkowych wycieczek (ponadprogramowych). Następnie każdy może się spędzić popołudnie w wybrany przez siebie sposób.

Przede wszystkim, Baiyoke Sky nie jest już najwyższym budynkiem Tajlandii, a koszt dojazdu do wieżowca, wjazdu na niego oraz przejazdu na Khao San Road jest zdecydowanie niższy niż to, co proponuje Itaka. Oczywiście rozumiem, że firma nie działa charytatywnie, jednak cena wieczornego fakultetu jest horrendalnie wysoka. Jeśli podobnie jak moja grupa, traficie do hotelu Bangkok Palace to sami do Baiyoke dojdziecie (10 minut pieszo)- pod wieżowcem znajduje się fantastyczny bazar z ulicą pełną barów i pubów (warto tu skorzystać z masażu tajskiego- po wielogodzinnej podróży działa cuda). Za grosze można tu spróbować rewelacyjnego tajskiego jedzenia (Uwaga! w Baiyoke podawany jest bufet z mieszanką kuchni świata- jeśli jesteście fanami pizzy to serdecznie polecam, myślę jednak, że zdecydowanie lepiej zjeść pysznego Pad Thaia). Sam wjazd na taras widokowy to kwestia kilkudziesięciu złotych i czasowo w różnych promocjach jest skorelowany z darmowym drinkiem w sky barze lub masażem stóp w salonie zlokalizowanym w budynku. Na Khao San dojedziecie tuk-tukiem- zdecydowanie nie jest Wam do tego potrzebny autokar i przewodnik.

3. DZIEŃ. BANGKOK
Śniadanie. Zwiedzanie największych atrakcji BANGKOKU: Świątyni Szmaragdowego Buddy, która jest najważniejszym sanktuarium kraju oraz Pałacu Królewskiego, historycznej siedziby królów Tajlandii. Przejazd przez królewską dzielnicę Dusit, gdzie znajdują się m.in. sala tronowa Ananta Samakhom, pomnik króla Ramy V na koniu oraz pałac Paruskawan, w którym na początku XX w. mieszkała słynna księżniczka Katia. Wizyta w Świątyni Leżącego Buddy, w której znajduje się jeden z największych na świecie posągów Buddy mierzący aż 46 m. Fakultatywnie (za dodatkową opłatą na miejscu): wycieczka tradycyjną łodzią po rzece Chaophraya i kanałach Bangkoku, które były podstawowym szlakiem komunikacyjnym dawnego miasta. Przejazd przez dzielnicę chińską. Zwiedzanie Świątyni Złotego Buddy. Wieczorem fakultatywnie (za dodatkową opłatą na miejscu): przejazd na nocny targ Asiatique Riverfront. Kolacja serwowana składająca się z tradycyjnych tajskich dań oraz rewia transwestytów – Calypso. Czas wolny na zakupy na największym targu nocnym Bangkoku, gdzie znaleźć można mnóstwo restauracji, ulicznego jedzenia i straganów z pamiątkami. Powrót do hotelu, nocleg.

Wcześnie rano zaczynamy bardzo intensywny dzień. Świątynia Szmaragdowego Buddy to pierwsze zderzenie z orientem. Jest kolorowo, pięknie, fascynująco. Wycieczka się rozkręca i dalej jest tylko lepiej- Pałac Królewski, Świątynia Leżącego Buddy- absolutnie nie mam się do czego przyczepić. Wszystko świetnie osadzone w czasie, zrealizowane w dobrym, niespiesznym tempie. Po zrealizowaniu programu istnieje możliwość wykupienia rejsu po kanałach Bangkoku– gorąco polecam ten fakultet, ponieważ jest to świetna okazja do obserwacji wielu atrakcji oraz życia w tej azjatyckiej metropolii od strony kanałów, które przez dziesiątki lat pełniły kluczowe znaczenie dla miasta. Przejazd przez chińską dzielnicę bez możliwości zwiedzania to niestety profanacja i będzie Wam się łamać serce przy każdym pokonywanym przez autokar metrze- jest to miasto w mieście, odrębne, piękne, magiczne.

Odnośnie wieczornych atrakcji- oczywiście, każdy samemu wybiera jak chce spędzić czas. Przed wylotem zobaczyłam jak wygląda rewia, ponieważ bądź co bądź, transwestyci to część tajskiej kultury. Mnie tego typu show nie urzeka, zdecydowanie lepiej pojechać na któryś z nocnych targów lub przejść się wzdłuż wybrzeża podziwiając wyrastające jak grzyby po deszczu drapacze chmur.

 

4. DZIEŃ. SIEM REAP
Śniadanie. Wczesnym rankiem wyjazd z Bangkoku do Aranyapradet, miasteczka granicznego z Kambodżą (ok. 5 godz.). Około południa przekroczenie granicy, następnie przejazd do miasta SIEM REAP. Po przyjeździe do Siem Reap zakwaterowanie w hotelu, czas wolny na odpoczynek. Kolacja. Nocleg.

Dzień transferowy. Żegnamy Tajlandię i jedziemy w kierunku Kambodży. Jako że w środkach lokomocji nigdy nie śpię (choć chciałabym) chłonę widoki- nie narzekam na długość podróży oraz rozplanowanie wycieczki. Z okna autokaru można zaobserwować jak wygląda życie zwykłych Tajów poza metropolią. Prawdziwa zmiana klimatu następuje jednak na przejściu granicznym- od razu widać, że wyjeżdżamy ze stosunkowo rozwiniętego kraju do uboższego sąsiada. Po przekroczeniu granicy, jedziemy prosto do Siem Reap, w którym jemy kolację i kwaterujemy się w hotelu. Zdecydowanie nie polecam iść szybko do łóżka- turystyczne centrum Siem Reap jest warte zobaczenia jako ciekawostka i jednocześnie żywy dowód na to, jak masowa turystyka może zamienić nawet najpiękniejsze miejsca w plastikowy Disneyland. Siem Reap stoi barami, pubami, głośną muzyką, tanim alkoholem, nietrzeźwymi turystami z Europy Zachodniej oraz Kambodżankami, które zarabiają w różnoraki sposób. Atmosfera jest lepka, brudna i nieco zatęchła. Jednak bez dwóch zdań- trzeba to zobaczyć.

 

5. DZIEŃ. ANGKOR
Śniadanie. Zwiedzanie ANGKORU – dawnej stolicy państwa Khmerów: Południowa Brama Angkor Thom, świątynia Bayon, Taras Słoni, Taras Trędowatego Króla i Pałac Królewski. Po południu zwiedzanie słynnej świątyni Angkor Wat – najdoskonalszego przykładu architektury khmerskiej. Wieczorem kolacja w lokalnej restauracji połączona z pokazem tradycyjnych khmerskich tańców. Czas wolny na zakupy na nocnym targu Psar Chas. Powrót do hotelu, nocleg.

Pierwszy z najbardziej wyczekiwanych dni podczas wycieczki. Było konkretnie, z dobrym timingiem, w przyjemnym tempie. Po krótkim wprowadzeniu przez przewodnika każdy miał okazję samemu przejść się, zobaczyć, pomacać i pokontemplować urok tego miejsca. Nie ukrywam, że przed wylotem bałam się, iż program wycieczki zmieni mnie w baranka bezrefleksyjnie pędzącego w stadzie przez piękne miejsca. Na szczęście tak nie było. Warto pamiętać, że do całego kompleksu należy mieć odpowiednie ubranie (tyczy się to zwłaszcza kobiet)- długie spódnice lub spodnie oraz zakryte ramiona. UWAGA! Przy wstępie do niektórych świątyń nie można mieć ramion zakrytych szalem/chustą- trzeba mieć bluzkę zasłaniającą ramiona i dekolt!

Wieczorna kolacja połączona z pokazem- po 30 minutach walki o jakiekolwiek jedzenie skapitulowałam. Show połączone z bufetem odbywa się w ogromnej sali, w której zadekowanych jest kilkaset turystów z całego świata. Jest gwarno, tłumnie, z ogromnymi kolejkami. Ssanie w żołądku wynagradza pokaz tańców- profesjonalnie przygotowany, estetyczny, ciekawy. Na szczęście po przedstawieniu jedziemy do turystycznego centrum Siem Reap- byłam tam już poprzedniego wieczora, więc wiem, gdzie się kierować, aby smacznie zjeść. W pobliżu ulicy z barami jest bazar- uwaga jednak- jest on zamykany dość wcześnie, więc nie zostawiajcie zakupów na ostatnią chwilę.

6. DZIEŃ. ANGKOR – TONLE SAP
Śniadanie. Drugi dzień zwiedzania Angkoru: świątynia Bantaey Srei, zwana Twierdzą Kobiet, Ta Phrom, jedna z najbardziej romantycznych świątyń Angkoru, gdzie kręcono zdjęcia do filmu „Tomb Raider”. Po południu wycieczka łodzią po jeziorze TONLE SAP – jednym z największych jezior Azji Południowo-Wschodniej. Ciekawostką jeziora są „pływające wioski” – osady zbudowane na jeziorze z połączonych ze sobą łodzi. Podczas rejsu postój w jednej z takich wiosek i możliwość zakupu pamiątek. Kolacja, powrót do hotelu. Nocleg.

Kolejny dzień angkorskich rozkoszy- tym razem w scenerii znanej z filmowych przygód Lary Kroft. Znowu jest czas na samodzielne zwiedzanie, a przewodnik zamiast standardową trasą, proponuje nam przejście alternatywną drogą przez dżunglę. Nagle każdy z nas czuję nieco bardziej jak odkrywca, a nie podglądacz. Punktem, który mimo upływu czasu wciąż wprawia mnie w zakłopotanie i którego nie potrafię jednoznacznie ocenić jest rejs po jeziorze Tonle Sap. Przede wszystkim, chciałabym poprosić Was, żebyście wybierając tę wycieczkę zabrali ze sobą kredki, zeszyty i kolorowanki, ponieważ jadąc na rejs jedynym co można kupić są słabej jakości słodycze. W trakcie rejsu płyniemy między wybudowanymi na wodzie domostwami, widzimy handlujące na łodziach kobiety oraz ludzi pływających na „byle czym”. Do łodzi raz po raz podpływają na wspomnianym „byle czym” żebrzące dzieci- za bardzo słabe uważam rzucanie im cukierków i lizaków. Brzuchy przyzwyczajone do skromnego jedzenia oraz brak środków higienicznym zaprocentuje próchnicą i problemami z żołądkiem po kilku takich turystycznych rejsach. Kolorowanka i kredki ucieszą jeszcze bardziej, a przy okazji dostarczymy tym dzieciom nieco mądrzejszej rozrywki niż walka o paczkę chipsów.

Podczas rejsu byłam targana swoim europocentrycznym sposobem myślenia, instynktem macierzyńskim (mam małe dziecko, które wtedy zostało w Polsce) oraz spojrzeniem kulturoznawcy. I nadal tkwię gdzieś pomiędzy, bo z jednej strony dla tych ludzi życie w takich domach na takim poziomie rozwoju jest czymś zupełnie normalnym, a z drugiej- domostwa były otwarte, często bez drzwi i okien- płynąc, zaglądaliśmy tym ludziom do pokoi, łóżek, kuchni, bez możliwości zasłonięcia, odgrodzenia, powiedzenia „nie”. Wisienką na torcie był widok kilkulatki płynącej w beczce oraz wizyta na lokalnym targu z zamkniętymi w klatkach krokodylami, gdzie tuż obok handlowano ich skórami. Do dzisiaj ciężko mi wrócić do zdjęć z tego miejsca- publikuję je tutaj, żebyście mogli samemu ocenić.

 W drodze powrotnej z rejsu zatrzymaliśmy się na plantacji lotosu. Widok, jak widać na zdjęciach poniżej- bardzo przygnębiający. Przekwitłe, zwiędnięte i kompletnie nieatrakcyjne miejsce sąsiadowało z plantacją na której lotosy kwitnęły w najlepsze tworząc bajkowe, różowe jezioro. Niestety, plantacja w rozkwicie była dodatkowo płatna- wstęp kosztował (UWAGA!) 1USD (słownie- jednego amerykańskiego dolara) i tam nie mogliśmy się zatrzymać, tylko przy bagnisku, które było darmowe. Trochę wstyd.

7. DZIEŃ. PHNOM PENH
Śniadanie. Wykwaterowanie z hotelu. Transfer z Siem Reap do PHNOM PENH (ok. 5-6 godz.). W czasie podróży krótki postój, możliwość zakupu owoców i lokalnych przysmaków. Przyjazd do stolicy Kambodży – Phnom Penh i zwiedzanie: Pałac Królewski, Srebrna Pagoda, Muzeum Narodowe. Czas wolny na lokalnym rynku. Zakwaterowanie w hotelu, kolacja i nocleg.

Kolejny dzień transferowy. Mi był bardzo potrzebny na odchorowanie moralniaka po rejsie. W drodze do Phnom Penh zatrzymujemy się na lokalnym bazarze zwanym „Targiem Pająka”. Na miejscu okazuje się, że nazwa tego miejsca nie jest przypadkowa- na turystów czeka zgraja dzieci trzymająca na rękach olbrzymie pająki z którymi można sobie zrobić zdjęcie. W godzinach popołudniowych dojeżdżamy do stolicy kraju- Phnom Penh, zwłaszcza skąpane w deszczu robi bardzo ponure wrażenie. Nastrój tylko pogłębia się w kompleksie Pałacu Królewskiego, który zdaje się, że bez środków na remont niebawem się rozsypie. W zestawieniu z widzianymi kilka dni wcześniej, świetnie utrzymanymi, wyremontowanymi i chronionymi zabytkami w Bangkoku, zaczyna mnie przepełniać frustracja. Wyniszczające Kambodżę wojny sprawiły, że naród ten ma niewiele zabytków i miejsc z którymi historycznie może się identyfikować– widok tego, co pozostało i w jakim jest stanie- łamie serce. Muzeum Narodowe to piękny, choć skromnie wyposażony budynek. Tutaj dostajemy przysłowiowego „gonga”- muzeum z taką ilością zabytków w Grecji byłoby uważane za peryferyjny składzik dla kilkudziesięciu eksponatów, tutaj- jest dumą narodową. To miejsce jest doskonałym źródłem refleksji czym jest wojna i dokąd prowadzi.

Wieczorem czas wolny. Można na własną rękę pojechać do centrum, by pogłębić szok poznawczy- ogromna bieda sąsiaduje tutaj ze szczątkowym, ale wyuzdanym bogactwem. Kambodża robi na mnie ponure wrażenie, może kiedyś ją odczaruję.

8. DZIEŃ. CU CHI – HO CHI MINH
Śniadanie. Wykwaterowanie z hotelu. Wczesnym rankiem przejazd autokarem do granicy z Wietnamem. Po przejściu kontroli paszportowej spotkanie z miejscowym przewodnikiem. Obiad. Wycieczka do słynnych tuneli CU CHI – podziemnego labiryntu tuneli, który powstał w czasie wojny wietnamskiej i pierwotnie miał długość około 200 km. Ręcznie wykopane tunele były bazą żołnierzy Wietkongu. Przejazd do HO CHI MINH (Sajgonu). Zakwaterowanie w hotelu. Czas wolny. Nocleg.

Żegnamy się z Kambodżą i zmierzamy w kierunku granicy z Wietnamem. Kontrola paszportowa oraz wygląd przejścia granicznego uświadamia nam, że wjeżdżamy do innej czasoprzestrzeni. Wszystko jest bardziej zorganizowane i do ogarnięcia dla naszych europejskich umysłów. Jedziemy do słynnych tuneli Cu Chi– wylewając się na parking z autobusu każdy ma wrażenie, że oto właśnie znalazł się na planie filmu o wojnie w Wietnamie. Kompleks tuneli to dzisiaj wojskowy park rozrywki. Z jednej strony możemy zobaczyć, jak wyglądały kulisy wojny- bieganie po dżungli, w której wilgotność powietrza graniczy z przebijaniem się przez ścianę wody, naszpikowanej zmyślnymi pułapkami nastawionymi nie na zabicie lecz zadanie maksymalnego bólu przeciwnikowi. A to wszystko w pakiecie z możliwością postrzelania z kałasza oraz uwieszeniem się na lufie czołgu. Zapomniałabym- w międzyczasie można obejrzeć film propagandowy.

Po kolejnej dawce tematyki wojennej jedziemy do Sajgonu. Z ręką na sercu przyznaję- przed wyjazdem o Wietnamie wiedziałam tyle, co nic. Chciałam zobaczyć Bangkok i Kambodżę, Wietnam był w przypadku tego programu niepotrzebnym dodatkiem. Po Phnom Penh, wstępie w postaci wojennego parku rozrywki, spodziewałam się najgorszego. I… zdziwiłam się. Ho Chi Minh jest absolutnie zjawiskowe, magiczne i ciekawe. Podobne wrażenie do tego, którego doświadczyłam wjeżdżając do stolicy Wietnamu, miałam przy przekraczaniu rogatek Szanghaju- dobry fluid, zapowiedź czegoś ciekawego. Po zakwaterowaniu w hotelu koniecznie jedźcie lub idźcie do centrum (w zależności, gdzie będzie Wasz hotel). Szerokie arterie, niesamowita architektura, splot tego, co stare z tym, co nowe, daje niesamowite wrażenie. Mój zachwyt nie jest jednak bezrefleksyjny- Wietnam to wciąż kraj komunistyczny, silnie zideologizowany (przy głównym deptaku miasta puszczano z głośników pieśni wojskowe), przesiąknięty dramatyczną historią (wystarczy się rozejrzeć, by zobaczyć jak wiele jest tam osób żebrzących, zdeformowanych, doświadczonych skutkami wojen i stosowania wielu rodzajów broni).

9. DZIEŃ. DELTA MEKONGU – PHAN THIET
Śniadanie. Przejazd do My Tho – DELTY RZEKI MEKONG, która wpada do morza dziewięcioma odnogami. Rejs łodzią po Mekongu na wyspę Thai Son – czas wolny na lokalnym rynku, gdzie można kupić m.in. owoce tropikalne i wyroby miejscowego rzemiosła. Przepłynięcie sampanami do restauracji. Obiad. Po południu przejazd do słynącego z pięknych plaż kurortu PHAN THIET. Zakwaterowanie w hotelu i nocleg.

Najbardziej wietnamski dzień w Wietnamie. Zaczynamy od rejsu po Mekongu- w jego trakcie widać, jak potężna jest to rzeka. Krążymy między wyspami na których rozlokowane są targi oraz lokalne manufaktury. Tradycyjnymi sampanami przepływamy na obiad– krótki rejsik wśród niesamowitej roślinności robi oszałamiające wrażenie. Następnie ruszamy w podróż do Phan Thiet- jednego z najpopularniejszych wietnamskich kurortów. Po zwiedzaniu, czas na regenerację.

10.-11. DZIEŃ.
Śniadanie. Czas wolny na plażowanie. Nocleg.

Nasz hotel był ok. 10 km od Phan Thiet- liche możliwości dojazdu do kurortu stwarzały wrażenie, że jesteśmy zamknięci w złotej klatce. Wszyscy, którzy kochają piękne plaże, będą rozczarowani- w Phan Thiet plaże są żółte, niejednokrotnie bardzo wąskie i jeszcze bardziej zaniedbane. Tuż koło hotelowego odcinka plaży znajdowało się składowisko gratów wszelakich- nie był to śmietnik w pełnym tego słowa znaczeniu, raczej miejsce, gdzie Wietnamczycy pozbywali się gratów. Na plaży leżą butelki, plastikowe opakowania, kartony, torebki, siatki i wiele innych rzeczy. Serce boli na ten widok, ale świadomość ekologiczna jest tu niska, bądź zerowa.

Samo Phan Thiet to zdominowany przez Rosjan kurort w azjatyckim znaczeniu tego słowa. Jest chaotycznie i krzykliwie, a z głośników sączy się rosyjska muzyka. Jeśli chcecie kupić pamiątki (niezbyt ambitne) lub zjeść coś z widokiem na port- zapraszam, jeśli jednak nie chcecie szargać sobie nerwów- zostańcie w hotelu lub wypożyczcie skuter i pośmigajcie po wietnamskich bezdrożach.

12. DZIEŃ. HO CHI MINH
Śniadanie. Wykwaterowanie z hotelu. Przejazd do HO CHI MINH (Sajgonu). Zakwaterowanie w hotelu, nocleg.

Wykwaterowanie ok. godziny 12 i powrót do Ho Chi Minh- wieczór koniecznie poświęćcie na wjazd na któryś ze sky barów.

13. DZIEŃ. HO CHI MINH
Śniadanie. Wykwaterowanie z hotelu. Zwiedzanie miasta: katedra Notre-Dame, poczta centralna, ratusz, świątynia Thien Hau w dzielnicy chińskiej. Obiad. Po południu zwiedzanie Muzeum Wojny, gdzie znajdują się pamiątki po wojnie wietnamskiej, następnie zwiedzanie Pałacu Ponownego Zjednoczenia – socrealistycznej pamiątki po zjednoczeniu państwa. Czas wolny na zakupy na lokalnym targu. Transfer na lotnisko w Sajgonie. Wylot do Polski.

Nie rozumiem figury logistycznej zastosowanej w przypadku tej wycieczki. Zwiedzanie miasta powinno odbywać się w pierwszy dzień po przyjeździe do Sajgonu, a nie być odłożone na ostatnie chwile przed wylotem. Po zakończeniu realizacji większości programu i relaksie na plaży, właściwie każdy był już myślami w samolocie.  W zachowaniu odpowiedniego skupienia i uwagi nie pomogło tempo zwiedzania- przez atrakcje dosłownie przebiegaliśmy, a szkoda, bo Sajgon kryje ogrom atrakcyjnych, mniej lub bardziej oczywistych miejsc. Zwiedzanie zaczynamy od fascynującej katedry Notre Dame, której europejska architektura odcina się od rzeczywistości azjatyckiej metropolii. Tuż obok, znajduje się budynek Poczty Centralnej– przepiękny, postkolonialny budynek, który pełni dzisiaj funkcje poczty oraz bazarku. Jednym z najciekawszych punktów dniach jest zwiedzanie świątyni Thien Hau w dzielnicy chińskiej. Jako że wcześniej byłam w Chinach, rozglądając się po znanej z Państwa Środka świątyni miałam niemały problem poznawczy- gdzie ja właściwie jestem? Przenikanie się wpływów chińskich i europejskich w jednym miejscu daje poczucie chaosu, pięknego chaosu. Kulminacyjnym punktem jest wizyta w Muzeum Wojny. Powiedzmy sobie szczerze- prezentuje ono wietnamski punkt widzenia,  twórcy nie silili się na jakąkolwiek metaforę lub choćby złudzenie bezstronności. Muzeum ma za zadanie zszokować, zawstydzić, zmusić do przyjęcia jedynego słusznego punktu widzenia. Epatuje trupami, agresją, złem. Wytrzymałam tam 15 minut- punktem granicznym były ciała dzieci zamknięte w słojach z formaliną. Zdaję sobie sprawę, czym jest wojna, ale to było zbyt dużo wobec mojego poziomu wrażliwości. Ostatnim punktem zwiedzania jest Pałac Ponownego Zjednoczenia, który na pewno robi wrażenie na wszystkich nacjach, których nie dotknął socjalizm/komunizm. My pokiwaliśmy głowami ze zrozumieniem, bo architektura tego miejsca nie była dla nas (Polaków) czymś egzotycznym, tylko całkiem świeżym wspomnieniem poprzedniego ustroju.  Po całym dniu spędzonym w szalonym tempie, późnym popołudniem pozostawiono nas na czas wolny w centrum miasta- co odważniejsi zjedli coś lokalnego, mniej odważni skończyli w McDonaldsie. Wymęczeni dotarliśmy na lotnisko i podobnie jak w pierwszą stronę- liniami Emirates, przez Dubaj, lecimy do Polski.

14. DZIEŃ.
Przylot do Polski.

 

 

A teraz garść smaczków z dodatkowych informacji:

  1. Obowiązkowe opłaty na miejscu: bilety wstępu i lokalni przewodnicy: ok. 200 USD, napiwki: ok. 5 USD/os./dzień.

Obowiązkową opłatą na miejscu są napiwki w kwocie 5 USD dziennie. Za 14 dni (tak, płacimy także za dzień przylotowy i wylotowy, chociaż napiwek wtedy powinien chyba trafić o załogi Emirates lub innych linii lotniczych obsługujących loty w trakcie wycieczki) wychodzi 70 USD. Na naszej wycieczce było 18 osób, co daje nam kwotę 1260 USD. Uwierzcie mi, że kwota ta jest bardzo wysoka, ponieważ przy kosztach utrzymania i pracy, zwłaszcza w Kambodży i Wietnamie, trzech dniach transferowych oraz wielokrotnie braku ingerencji jakichkolwiek lokalnych pracowników ciężko sobie wyobrazić, gdzie pieniądze są ulokowane.

2. Wizy: opłata wizowa i zaproszenie w Wietnamie (płatne na miejscu): ok. 35 USD; wiza do Kambodży wydawana jest na przejściu granicznym, koszt: ok. 49 USD; do jej wyrobienia potrzebne są 2 zdjęcia paszportowe. Dane paszportowe należy podać w momencie zakładania rezerwacji.

Temat wiz ogarniany jest na miejscu- w Tajlandii na lotnisku wystarczy wypełnienie formularza dostępnego po przylocie. Do wizy kambodżańskiej potrzebne są dwa zdjęcia- w Fotojokerze wystarczy powiedzieć, gdzie lecimy i zrobią nam zdjęcia w odpowiednim wymiarze.

  1. Opłaty fakultatywne: wycieczka po kanałach Bangkoku: ok. 20 USD; Asiatique Riverfront i Calypso: ok. 50 USD.

Wycieczka po kanałach Bangkoku jest rewelacyjna, więc koniecznie ją zarezerwujcie. Odnośnie Asiatique Riverfront i Calypso- zanim pojedziecie,, obejrzyjcie filmiki na youtube i sami zadecydujcie. Ja znalazłabym sto lepszym sposobów na spędzenie wieczora w Bangkoku. 😉

  1. W związku z restrykcyjnymi wymogami prawa w Tajlandii zwiedzanie Pałacu Królewskiego, Świątyni Szmaragdowego Buddy i niektórych innych obiektów może się odbywać tylko w towarzystwie lokalnego anglojęzycznego pilota.

W kwestii restrykcyjnego prawa warto pamiętać o długich spodniach, spódnicach, koszulkach na krótki rękaw, które nie mają dużego dekoltu oraz wzięciu jakiejś tuniki. Choć życie w Bangkoku i kurortach turystycznych może sprawiać wrażenie liberalnego (wręcz wyzwolonego) to jednak Tajowie bardzo przestrzegają zasady odpowiedniego ubioru przy wpuszczaniu do ważnych miejsc. Równie konsekwentnie obostrzenia odnośnie stroju są egzekwowane w Angkorze- w jednej ze świątyń nie chciano mnie wpuścić mimo posiadania długiej chusty, musiałam ubrać dodatkowo tunikę z rękawem 3/4.

MOJA OCENA:

Krótko po powrocie z wycieczki kupiłam bilety na samodzielną wyprawę po Azji- i to powinna być dla Was najlepsze rekomendacja. Wycieczki mają rozbudzać chęć poznania i sprawiać, że będziemy czuli potrzebę powrotu. Poznanie trzech azjatyckich krajów w 14 dni jest niemożliwe, bo to tak, jakby stworzyć dwutygodniowy program „Polska- Ukraina- Rosja” i sprzedawać go pod nazwą „W słowiański deseń”. Wycieczka stanowi azjatyckie portfolio i należy ją traktować, jako mocno skondensowany wyciąg z miejsc, które zasługują na zdecydowanie więcej czasu i uwagi.

Jako fanka azjatyckich krajów, kultur i ludów czułam niedosyt, jednak wraz z większością uczestników stwierdziliśmy, że wycieczka jest naprawdę dobrze zaplanowana i zrealizowana. Jeśli chcecie zobaczyć same główne atrakcje Tajlandii, Kambodży oraz Wietnamu i nie macie ochoty na chaotyczną bieganinę- „W orientalny deseń” jest dla Was idealny. Realizacja programu ma idealny timing, dobre tempo, bardzo ciekawe punkty oraz jest dobrze zorganizowana. Nie ma tu przypadkowości, ani miejsc stanowiących klasyczne, turystyczne „zapchajdziury”.

Wszystkie hotele na trasie były w dobrym standardzie, blisko centrum, z możliwością wyjścia i dojścia/dojazdu do innych atrakcji.

Przejazdy odbywały się komfortowymi autokarami, niektóre z nich (zwłaszcza te w Kambodży” wyglądały niczym luksusowe hotele na kółkach- w rzędzie były tylko dwa siedzenia rozkładające się niemal do pozycji leżącej, a w oknach urocze zasłonki oddające klimat Azji. 😉

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*