Rowerowy Szlak Jedwabny

Szlak Jedwabny to jedna z najbardziej tajemniczych, intrygujących i otoczonych aurą mistycyzmu tras świata. Spaja ze sobą moje największe podróżnicze marzenia. Bliski i Daleki Wschód, pustynne niziny i zaśnieżone szczyty, kultury zrozumiałe i te niepojęte, ludzi próbujących przetrwać w palącym słońcu i tych zmagających się z przeszywającym zimnem. Jeśli więc wyruszasz w tę trasę, a swoje wspomnienia zamierzasz spisać w książce, wiedz, że oczekiwania czytelnika są ogromne.

Z tak nadmuchanym balonikiem oczekiwań i żądzy zasmakowania klimatu, zapachu i miejsc zmierzył się Robert Maciąg spisując swoje wspomnienia z rowerowej wyprawy drogami Jedwabnego Szlaku. „Tysiąc szklanek herbaty” idealnie wpisuje się w modny ostatnio nurt literatury drogi. Razem z trójką rowerzystów przemierzamy drogę z Syrii aż do Laosu. Patrząc na tę bardzo zgrabnie wydaną książkę aż trudno uwierzyć, że w tak małej formie może znaleźć się aż tyle treści. Niestety, sama powierzchowność książki zdradza nam pewien problem z którym borykał się autor. Zdaje się, że Robb Maciąg ugrzązł w nadmiarze pomysłów i nadwyżce wrażeń. W pewnym momencie chyba sam już nie wiedział w co, kolokwialnie rzecz ujmując, włożyć ręce- chciałby opisać i okoliczności przyrody, i trudy podróży, i smak pitej herbaty (w końcu było to tysiąc szklanek!), i historie napotkanych ludzi, i… i… i… Wyszło jak wyszło- nie ma tu ani zbyt wielu dokładnych, barwnych opisów, ani opowieści o pokonywaniu drogi i samego siebie (a przejechanie na rowerze tylu tysięcy kilometrów chyba kosztuje sporo wysiłku? Mnie na samą myśl boli od siodełka… No wiecie, co boli), smak herbaty jest rozwodniony, a poznani na szlaku bohaterowie są nieco jednowymiarowi. Brakuje korowodu kolorów, ludzkie historie i dramaty zdają się być ledwo streszczeniem, a im dalej na Wschód tym mniej ciekawych opowieści. Niedostatek dłuższych, bogatszych, mięsistych opisów dziwi tym bardziej, że Robert Maciąg potrafi pisać świetnie. Jego wizja Pamiru to jeden z najlepszych fragmentów książki- tylu emocji, obrazów, kolorów, informacji nie jest łatwo zamknąć w kilkudziesięciu zdaniach, a Maciąg nie tylko pisze, on bierze czytelnika za rękę i opowiada. Ogromne wrażenie robią także opisy gór i choć autor pisze skromnie, że „słowa nie oddadzą piękna gór. Są za płaskie (…)” to robi dokładnie na odwrót. Maciąg „napisał” te góry, uwiecznił te pozorne pustkowia, stworzył je od początku dla tych, którzy go czytają. I piszę to ja- człowiek, który w górach był raz jako dziecko, a ośnieżone szczyty zna tylko z tła pulpitu komputera w pracy.

Bolączkę autora znakomicie oddają dwa zdania z samej książki: „O Aleppo możnaby pisać tomy, ale nie mogę przecież zanudzać czytelników. Najlepiej sami odwiedźcie to miasto.” Cóż, na odwiedziny jest już zdecydowanie za późno, a znakomita okazja by utrwalić Aleppo na kartach książki przepadła bezpowrotnie. Podobnie jak możliwość opisania relatywnie spokojnego w czasie podróży autora, Kurdystanu. Myślę, że „Tysiąc szklanek herbaty” śni się Maciągowi po nocach. Budzi się z wyrzutami sumienia, że nie opisał więcej, nie utrwalił obszerniejszej dawki wspomnień, nie sporządził kolejnych portretów ludzi, których być może pochłonęła tocząca się w Syrii wojna. Niech to będzie nauczka na przyszłość- warto opisywać nawet najbardziej monumentalne i z pozoru wieczne rzeczy i miejsca.

Jest w książkach podróżniczych pewna irytująca maniera– autorzy próbują udowodnić, że nie można poznać świata (chociaż czym jest poznanie świata?) bez bycia podróżnikiem, odkrywcą, eksploratorem, ubrudzonym, ubłoconym, błądzącym po dzielnicach biedy, pijącym pędzony w piwnicy bimber. Jeśli tego nie robisz, to sorry, nie znasz świata. Im bardziej alternatywnie tym lepiej. „Tysiąc szklanek herbaty” na szczęście ucieka od tego schematu. Książka Roberta Maciąga to radosna afirmacja życia, podróży, piękna świata. Autorowi udało się coś, co nie udaje się większości twórców- NAPRAWDĘ ZACHĘCA DO PODRÓŻOWANIA. Nie napina się, nie robi z siebie bohatera, nie moralizuje. Maciągowi udaje się uniknąć patosu, strofowania, wymądrzania i wartościowania. Nie dzieli świata na jedynych słusznych hardkorowych backpackerów i motłochu, który posila się przewodnikami i nie daj Boże śpi w hotelach. Maciąg mówi: JEDŹ!!! Jedź do wiochy obok, nad Bałtyk, w góry, sam, z żoną, z dzieckiem, z ciocią, z biurem podróży, rowerem, samochodem, leć samolotem. Rusz się po prostu i czerp z tego przyjemność. Nieważne jak i gdzie, otwórz oczy, wyostrz zmysły i chłoń. Autora powinno się podłączyć do jakiegoś specjalistycznego sprzętu i wytłaczać z niego esencję „chcenia” (swoją drogą może warto pomyśleć o coachingu, Panie Robercie?). „TSH” nie jest wiekopomnym dziełem, ale czyta się je bardzo dobrze, nabierając ochoty na więcej. Książka płynie spokojnie, dając nam ogólny obraz jak jest TAM i jak wspaniale jest się ruszyć z miejsca i być. Być gdzieś, wśród ludzi, wśród historii, smaków, przestrzeni, widoków.

„Tysiąc szklanek herbaty” to 320 stron pełnych radości, energii i entuzjazmu. Kiedy skończycie tę książkę na pewno spojrzycie na swoją walizkę z poczuciem tęsknoty pomieszanym z chęcią działania i pomyślicie „Trzeba pomyśleć o jakimś urlopie!”. I o to chodzi!!!

Książkę kupicie tutaj:

http://bezdroza.pl/ksiazki/tysiac-szklanek-herbaty-spotkania-na-jedwabnym-szlaku-robert-robb-maciag,betysz.htm

Zdjęcie: CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=721591

Komentarzy: 1

  1. W sumie po tytule posta myślałam, że o czym innym będzie sam post, a on tak w sumie znienacka przeskoczył tematem do książki ;-))
    Co do wyjazdów z biurem podróży – nie wiem czy tak na 100% da się otworzyć oczy tam i chłonąć, choć zapewne wiele zależy od nastawienia (no i od samego typu wycieczki ;-))

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*