Skąd się wzięła specjalistka

Praca w biurze podróży to robota dla pasjonatów. 8 lat w branży uświadomiło mi to lepiej niż jakiekolwiek studia czy programy telewizyjne.

Mali chłopcy chcą być strażakami, policjantami, żołnierzami albo pilotami. Dziewczynki- baletnicami, piosenkarkami, aktorkami albo modelkami. Później marzenia ewoluują, a życie weryfikuje dziecięce fantazje. Mi biuro podróży wymarzyło się bardzo wcześnie i była to miłość niemal od pierwszego wejrzenia, a raczej- od pierwszego przekroczenia progu.

Później kilkukrotnie zmieniałam plany, chciałam być stewardessą albo dziennikarką (to najbardziej), ale jak mawia moja babcia, co ma wisieć nie utonie i zostałam pracownikiem biura podróży.

Opowiadałam już Wam, jak to się stało, że wyleciałam na swoje pierwsze zagraniczne wakacje, jednak wtedy to moja mama dokonała samodzielnej rezerwacji w biurze. Pierwszy raz weszłam do świątyni wycieczek rok później, kiedy zdecydowanie mądrzej i bardziej świadomie (w końcu pierwszy wyjazd miałyśmy za sobą!) podeszłyśmy do tematu zakupu wakacji. Za swój cel obrałyśmy biuro Neckermanna- 18 lat temu jednego z liderów na polskim rynku turystycznym, firmy o ugruntowanej pozycji i doskonałych opiniach. W Koninie działała wówczas garstka biur (i w sumie niewiele się od tej pory zmieniło)- Neckermann by przy głównej ulicy handlowej miasta, wówczas zagraniczne wakacje były jeszcze dość elitarnym sportem.

W biurze oszalałam. Do dzisiaj zastanawiam się czy to kwestia magii tego miejsca ze zdjęciami odległych miejsc, wibracji, które pokierowały mnie w stronę w którą powinnam iść, czy niesamowitej charyzmy człowieka, który od tego czasu, co roku przez dobre 8 lat sprzedawał nam wakacje. Pan Błażej (jeśli Pan to czyta to proszę wiedzieć, że ta zawstydzona gówniara dzisiaj sama siedzi za biurkiem) i jego styl sprzedaży ukształtowały mnie jako specjalistkę od wakacji. Lekkość narracji, doskonała intuicja, obycie w świecie, luźny, ale jednak zachowujący wszelkie cechy formalności styl rozmowy sprawiły, że uwielbiałam chodzić z mamą załatwiać wakacje.

Gdzie ten człowiek nie był?! Ile on znał hoteli! Dzisiaj z perspektywy czasu i doświadczeń Pan Błażej budzi we mnie jeszcze większy zachwyt niż kiedyś. Dlaczego? Bo system rezerwacyjny Neckermanna to jeden z najmniej przyjaznych wizualnie programów, komendy są w języku niemieckim, a strona wizualna właściwie nie istnieje w odróżnieniu od bardziej „obrazkowych” systemów typu MerlinX lub travella. 18 lat temu internet w Polsce raczkował, a właściwie pociągał jeszcze smoczka i potrzebował pieluszek. Dzisiaj, kiedy czegoś nie wiem to wstukuje szybko zapytanie w google, a pan Błażej takiej możliwości nie miał. On to wiedział, ofertę Neckermanna znał na wylot, a ilość miejsc, które odwiedził przyprawiała o zawrót głowy. W jego pracy podobało mi się wszystko- począwszy od doradzania ludziom w kwestii podróży, przez pokazywane ciekawych miejsc w katalogach, aż do zakładania rezerwacji, oficjalnego wydawania dokumentów i możliwości odwiedzania dalekich miejsc.

Nie myślcie jednak, że od razu wiedziała, że TO JEST TO. Podobała mi się, intrygowała, ale oficjalnie chciałam być dziennikarką. Uwielbiałam chodzić do biura, rozglądać się, chłonąć, ale specjalista ds. turystyki? To w nastoletnim umyśle nie brzmi dobrze.

Pierwszy raz świadomie pomyślałam o turystyce, kiedy poszukiwania kolenych wakacji kompletnie nam nie szły. Żadna oferta nie zdobyła naszego serca. Usiadłam do komputera, odpaliłam internet (przez telefon, znacie ten ból?) i zaczęłam szukać. Na stronie polskiego Necka nie znalazłam nic, więc zaczęłam szukać na stronie niemieckiej i…  znalazłam. Maroko, Agadir, Iberostar Founty Beach. W cenie dziwnie niskiej. Mama stwierdziła, że na pewno coś trzeba tu doliczyć, pomnożyć i dodać. Tak dobra cena za tak dobry hotel zakrawała o cud. I cud się wydarzył. Okazało się, że znalazłam ofertę tygodnia- w tym czasie Maroko bardzo mocno promowało się na rynku niemieckim. Trafiłam na perełkę. Nie zapomnę tego uczucia, gdy Pan Błażej popatrzył na mnie z uznaniem. A mi zapaliła się w głowie lampka: „a może biuro podróży?”. Było to na rok przed maturą. Zmieniłam listę zdawanych przedmiotów i… zamiast na dziennikarstwie, wylądowałam na turystyce.

Turystyka na uniwersytecie i turystyka w rzeczywistości to dwa różne światy. Moje studia licencjackie były orką na ugorze. Wydział Nauk Geograficznych i Geologicznych pozostał wydziałem zajmującym się geografią i geologią, a turystyka była dodatkiem do całej serii zajęć bez związku z nazwą kierunku. Na pierwszym roku chciałam wylecieć, na drugim roku było mi już szkoda wylecieć, a na trzecim roku wiedziałam, że odlecę z tego wydziału na jakiś inny. Padło na kulturoznawstwo, które okazało się absolutnym strzałem w dziesiątkę i do dzisiaj powtarzam, że dwa lata kulturoznawstwa dały mi więcej narzędzi do pracy w turystyce niż turystyka.

Licencjat i zmiana kierunku studiów zbiegły się z innym ważnym wydarzeniem w moim życiu- dostałam pierwszą poważną pracę. W biurze podróży, a jakże! Po tygodniu szkolenia (pierwszy raz przekroczyłam próg biura jako pracownik, a nie klient 24.05. w moje imieniny, a zostałam sama w dzień dziecka) zaczęłam samodzielną obsługę. Samodzielną w pełnym tego słowa znaczeniu, bo biuro było mikroskopijne i nikt tam ze mną nie siedział. Zostałam sama. Samiutka. Ja, jedna, jedyna i oni. Klienci.

Pech chciał, że pierwsza osoba, która weszła do biura od razu kupiła. To nie był rzut na głęboką wodę, to była próba utopienia. Do dzisiaj pamiętam, że wyborem przemiłego pana był hotel Samara w Tunezji z oferty Oasis Tours. Pot leciał mi po plecach kiedy dokonywałam rezerwacji, a gdy klient wyszedł z umową, głowa bolała mnie ze stresu. O tym niewątpliwym sukcesie dowiedzieli się wszyscy- począwszy od mamy, skończywszy na znajomych. Pierwsza rezerwacja. Mieli rację ci, którzy mówili, że nigdy jej się nie zapomina.

W biurze, które miało może 4 metry kwadratowe sama sobie byłam sterem, żeglarzem, okrętem. I bardzo dobrze, bo po pierwsze- nikt mi się w nic nie wtrącał, uczyłam się na swoich błędach (choć popełniałam ich sporo i przysłowiowe „bęcki” bardzo dobrze mi zrobiły) oraz zawsze szukałam rozwiązania samodzielnie. Lata później, pracując u największego polskiego organizatora i mając w centrali przyjaciółkę (Natalia, pozdrawiam!) ilekroć gdy do niej się dodzwaniałam słyszałam jęk, bo problemy z którymi dzwoniłam zawsze były grube i takie, których rozwiązanie było już poza zakresem moich możliwości (kiedyś nawet przywitała mnie słowami: „Boże, dzwonisz. Pewnie ktoś umarł”. I faktycznie, wtedy właśnie zmarła moja klientka). Cieszę się, że przez pierwsze miesiące pracy w biurze nikt mnie nie niańczył, nie wtrącał się, nie przegadywał przy klientach. Mogłam spokojnie budować swoją wiedzę, styl i pewność siebie. Miałam też ogromne szczęście, bo zawsze trafiałam na doradców, a nie sprzedawców. Osoby, z którymi pracowałam miały misyjne podejście do tej pracy- turystyka zorganizowana w Polsce sprzed dziesięciu lat była zupełnie czymś innym niż jest dzisiaj. Cieszę się, że mogłam uczyć się od osób zaangażowanych w pracę, otaczających troską klientów, pasjonatów. Dzisiaj to pokolenie powoli przemija, a szkoda, bo w tej pracy liczy się przede wszystkim budowanie długofalowych relacji- dobry doradca o tym wie, sprzedawca niestety to pomija.

Jaka jestem dzisiaj? Mimo zdecydowanie większej wiedzy niż ta z którą zasiadałam za biurkiem (dzisiaj określiłabym tamten stan wiedzy, jako NIC), mam w sobie zdecydowanie więcej ostrożności, roztropności i rozsądku. Na początku uważałam, że moja racja jest najmojsza- dzisiaj wiem, że to ja muszę dopasować ofertę do klienta, a nie na odwrót. 🙂 W biurze (a właściwie biurach) przeżyłam już chyba wszystko- były wzloty, które wspominam do dzisiaj oraz upadki, które dały zupełnie nową optykę. Były rekordowe sprzedaże i miesiące, gdy nie szło zupełnie nic. Byli klienci wdzięczni, kochani, serdeczni, wracający i polecający, ale byli też awanturujący się, przeklinający, piszący skargi i smsy z groźbami. Ta praca męczy jak żadna inna, ale też żadna inna nie daje takiej satysfakcji. Dziękuję za każdy dzień w tej ciasnej, brzydkiej klitce w galerii handlowej, której już nie ma, bo otworzyło mi to drzwi do świata w którym chciałam być i w którym mimo utyskiwań (a mam ku temu ciągotki) jest mi po prostu dobrze.

Tak zaczęła się przygoda specjalistki od wakacji.

 

 

 

Komentarzy: 1

  1. Też pamiętam pierwszą rezerwację – Sanapiro w Gruzji, przez pomyłkę zrobiłem OP na KTW zamiast WAW, ale w porę zauważyłem 🙂

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*