Skąd się wzięły Emiraty?

Zawsze gdy wypływa w rozmowie temat Emiratów słyszę opinie, że to miejsce spektakularne, ale bez duszy. Długo sama utrzymywałam, że ZEA nie mają klimatu. Postanowiłam poszukać tego ducha. I wiecie co? Znalazłam go.

Po trzeciej wizycie polubiłam Dubaj, za drugim razem spodobało mi się Abu Dhabi, a po tygodniu w Ras Al Khaimah odkryłam tam wiele ciekawych miejsc. Nadal jednak nie czułam emirackiego ducha, tego niewypowiedzianego CZEGOŚ, co sprawia, że oprócz wywierania wrażenia, miejsce można poczuć. Przemierzyłam ten kraj wzdłuż i wszerz. I znalazłam. Daleko, tam, gdzie nie dociera wielu turystów. A szkoda, bo wizyta w Al Ain może wywrócić postrzeganie Emiratów do góry nogami.

Zielona kraina

Al Ain zyskało miano miasta- ogrodu nie bez podstawy, otóż liczący ponad 600 tys. mieszkańców organizm miejski, znajduje się w pięknie utrzymanej oazie. To pierwszy z powodów, dla których warto tu dotrzeć. Drugi, zdradzi Wam powód niesamowitego statusu miasta- otóż to właśnie tutaj urodził się uwielbiany szejk Zayed- ten, którego portrety zdobią wszystkie możliwe miejsca, ten, którego imię nosi najbardziej znana, dubajska ulica oraz ten, który zrewolucjonizował ten pustynny skrawek ziemi. Właśnie w Al An najłatwiej będzie pojąć jak długą, żmudną i trudną drogę pokonali mieszkańcy tego miejsca w drodze do stworzenia hipernowoczesnych miast.

Zwiedzanie warto rozpocząć od oazy (której nazwę zawdzięcza same miasto). Oto pośrodku pustyni wchodzimy do tajemniczego ogrodu obfitującego w palmy daktylowe. Woda doprowadzana jest tu systemem kanałów zwanych faladżami. Przyzwyczajone do pustynnego krajobrazu oczu chłoną otaczającą zieleń, a cień wysokich palm pozwala odetchnąć od doskwierającego upału. Daktyle z Al Ain są bardzo cenione w Emiratach, na wielu plantacjach wciąż zbiera się je w zaskakujący sposób- na wysokie drzewa wchodzą boso, ryzykując swoje życie, najemnicy. Zbiory wyglądają bardzo spektakularnie, a daktyle są niesamowicie miękkie i słodkie.

Skoro było coś dla ciała, czas na część dla ducha. Zaczniemy jednak od pochodzenia emirackiego ducha- w pięknie utrzymanym forcie Muwaiji znajduje się nowoczesne muzeum poświęcone życiu szejka Zayeda oraz początkom państwowości Emiratów. Nieopodal buduje się jeden z najbardziej spektakularnych meczetów w Emiratach- ma on mieścić nawet 30 tysięcy wiernych i być trzecią najważniejszą świątynią kraju.

Absolutnym must-see jest kompleks pałacowy, który każdemu odwiedzającemu otwiera oczy na fakt, że jeszcze 60 lat temu ci sami szejkowie, którzy dzisiaj żyją w ogromnych, ultranowoczesnych rezydencjach, mieszkali w glinianych pałacach, a wodę pozyskiwali ze studni zlokalizowanej po środku kompleksu. Zanim szejkowie urządzili wnętrza ogromnymi łóżkami pokrytymi najlepszej jakości jedwabnymi pościelami do snu kładli się na prymitywnych materacach pokrytych tradycyjnymi tkaninami, a warte setki tysięcy dolarów zastawy stołowe zastąpiły proste miedziane naczynia. To miejsce udowadnia jak długą drogę przeszły Emiraty, jak wiele dla tego narodu oznaczało odkrycie ropy naftowej i umiejętne wykorzystanie potencjału finansowego.

Drugim genialnym miejscem w Al Ain jest Fort Al Dżahili z genialną wystawą poświęconą Wilfredowi Thesigerowi, który dzięki swym rozlicznym podróżom po pustyni wraz z plemionami beduińskimi zyskał przydomek Mubarak Bin London. Nie ma już na świecie takich ludzi jak Thesiger, którego biografia mogłaby posłużyć za scenariusz filmowy. Zakochany w pustyni, uwielbiający wolność Brytyjczyk, wyruszył z Beduinami kilkukrotnie w niebezpieczną trasę po piaskach Rub Al Khali. Chłonął lokalną kulturę, stając się pośrednikiem między światem Zachodu a Wschodu. Ten niestrudzony podróżnik, który dotykał powoli umierającego świata karawan, plemiennego honoru i tradycyjnych opowieści, był także wspaniałym fotografem. Wystawa jego zdjęć robi wrażenie- to niezwykły zapis świata, którego już nie ma. Genialne oko, wspaniałe krajobrazy, rewelacyjne kadry- nawet jeśli nie interesuje Was aspekt historyczny fortu, to koniecznie zobaczcie wystawę zdjęć Mubaraka Bin Londona, bo to poezja dla oczu.

Choć jestem przeciwnikiem handlu zwierzętami, to w trakcie podróży staram się być obserwatorem, a nie wojownikiem (zwłaszcza, gdy zwierzętom nie dzieje się bezpośrednio krzywda), polecam Wam wizytę na targu wielbłądów. Po pierwsze, dla nas- Europejczyków jest to miejsce z natury ciekawe, po drugie- to właśnie tutaj widać ponadczasowość emirackiej tradycji i przywiązania do najsłynniejszego symbolu pustyni. Ceny wielbłądów osiągają kosmiczne wielkości- na samym targu widać, jak różne potrafią być te zwierzęta. Sprzedawcy potrafią godzinami gorączkowo targować się z kupującymi, podtrzymując wielowiekowe tradycje.

Al Ain zaskakuje. Po wizycie w tych wszystkich emirackich topowych miejscach, które przytłaczają spektakularnością i odważnym spojrzeniem na przyszłość, w Al Ain zza każdego rogu spogląda na nas historia. Oaza, forty, pałace, muzea. Szejkowie starają się by to miejsce nie stało się kolejną kalką konkurujących ze sobą metropolii, lecz zachowało swój historyczny, wspaniały charakter. Tutaj nie znajdziecie galopującej nowoczesności, spotkacie za to ducha tego kraju. Rozszyfrujecie emirackie zagadki, zrozumiecie kim są znani z instagrama i internetowych doniesień szejkowie pławiący się w luksusach. Al Ain jest jak ostatni fragment układanki, coś, co pozwala zyskać nam odpowiednią perspektywę i ogląd na historię, która w tej części świata potoczyła się niezwykłe szybko i zaskakująco. Musicie tu być. Koniecznie.

Comments are closed.