Turystycznie wypaleni

Syndrom wypalenia zawodowego kojarzy się ze światem sportu, ewentualnie wysokimi stanowiskami w ogromnych firmach, kadrą zarządzającą, wykwalifikowanymi menedżerami. Czy wypalenie zawodowe może dopaść pracowników biur podróży?

W ciągu nieco ponad roku trójka moich znajomych z branży trafiła pod opiekę psychologów i psychiatrów. Nerwica i syndrom wypalenia zawodowego, a to wszystko w branży, gdzie przy biurku niemal słychać szum fal i odgłos toastów z drinków w all inclusive. Branża turystyczna to gniazdo ludzi wypalonych, żyjących w poczuciu zawodowej pustki, kochających i nienawidzących swojej pracy.

“Nie daję rady już z tymi ludźmi”, “Nie jestem w stanie obsługiwać dłużej klientów, “Mam dość tych samych pytań i problemów”, “Nie umiem już opowiadać z taką pasją jak kiedyś’- te wydawać by się mogło, niewinne wypowiedzi padają na spotkaniach ze znajomymi z branży bardzo często. Niektórym wystarczy urlop, parunastodniowe odcięcie, inni nawet po wypoczynku wracają do biura tak samo sfrustrowani i zmęczeni. Zniechęcenie, brak poczucia sensu i perspektyw, ciągłe ciśnienie zaczynają przekładać się na sprzedaż, a także życie prywatne. W pewnym momencie nie widzi się sensu w pracy w biurze, jednocześnie będąc świetnym, znającym branżę i świat, specjalistą.

Zanim przystąpicie do dalszej lektury, proszę, nie komentujcie, że każdy dotknięty wypaleniem powinien zmienić branżę– genialny skoczek narciarski, Sven Hannawald mimo ostrego syndromu wypalenia skakał i nie wyobrażał sobie życia bez tego sportu (a po zakończeniu kariery i długiej psychoterapii został komentatorem zawodów), podobnie cała rzesza osób zmagających się z tym problemem. Powiedzenie doskonałemu specjaliście w swojej dziedzinie, żeby został kimś innym jest pozbawione sensu, bo ciężko przekreślić zdobywaną latami wiedzę.

Pokażę Wam branżę, w której pracuję, od innej strony.

Narybek

W czasach, gdy zaczynałam pracę w biurze, wymogiem (i jednocześnie źródłem mojej frustracji jako osoby studiującej) był nieodłączny zapis w ogłoszeniach, dotyczący doświadczenia. Pracodawcy chcieli dostać wykwalifikowanych, doświadczonych specjalistów, którzy usiądą za biurkiem i zaczną z biegu sprzedawać. Dzisiaj ten trend się odwrócił, co jest szczególnie widoczne w korporacjach turystycznych, które na potęgę zatrudniają młode osoby kompletnie bez historii zawodowej.

Kiedy zmieniłam pracę i przeszłam do zespołu jednego z największych polskich organizatorów, na szkoleniu wdrożeniowym przeżyłam szok. Miałam 28 lat i byłam jedną z najstarszych osób oraz miałam największe doświadczenie zawodowe w turystyce. Zaczęłam zastanawiać się o co tu chodzi- czy trafiłam na tak młode towarzystwo, czy po prostu dobijam wieku emerytalnego w turystyce. Przejrzałam zdjęcia pracowników wszystkich salonów firmowych- w przytłaczającej większości zatrudnione osoby były świeżo po studiach. Drążyłam, pytałam, zastanawiałam się jak to możliwe, że tak duża firma opiera sprzedaż na osobach, które powinny dopiero czerpać wiedzę by stać się filarami korporacji.

Młode osoby, które nigdy wcześniej nie pracowały w branży i nie mają swoich nawyków, łatwiej wdrożyć w kołowrotek sprzedażowy, prościej im wkręcić, że dane techniki sprzedaży są jedynymi słusznymi, a wyrabianie morderczych targetów (często kosztem dobra i poszanowania portfela klienta) to norma. Pracownik, który był w kilku innych firmach, ma porównanie i pewną refleksję nad tym, gdzie są pewne granice. Te granice ustalane są latami przez doświadczenie życiowe i zawodowe. Zauważyłam, że ambitne młodziki chłoną sprzedażowe truizmy jak gąbka. Jest im łatwiej wejść do systemu rankingów, raportów sprzedażowych, słupków i zestawień. Biją rekordy sprzedaży, cross-sellingu, wciskania dodatków. W starszych takiego zapału i entuzjazmu do wyścigu już nie ma. Młodsi idealnie pasują do korporacyjnych trybów. A te zrobią z nich mielonkę.

W turystyce nie ma przerwy od pracy, nie ma chwili na opijanie sukcesu. W portfelu masz tyle, ile aktualnie sprzedałeś. Nie liczy się, że byłeś najlepszy pięć miesięcy temu- tamtej premii już nie ma. Trzeba walczyć o nową, o kolejny wynik, o następny target. A te żyłowane są z miesiąca na miesiąc. W biurach podróży właściwie wszyscy pracują w oparciu o systemy prowizyjne- jeśli nie sprzedasz, zostaje ci głodowa pensja. Właściciele biur i organizatorzy turystyczni podnoszą ciągle poprzeczkę- sprzedawcom narzucane są targety kwotowe, w których nie liczy się Twoja sprzedaż dopóki nie osiągniesz zakładanego pułapu- poniżej tego nie dostaniesz nic. Z miesiąca na miesiąc, z sezonu na sezon do zrobienia jest coraz więcej. Kiedy wydaje się, że biuro doszło do granicy własnych możliwości sprzedażowych, przychodzi kolejny plan lub nowy wskaźnik sprzedaży. To jak gra, w której poziom trudności wzrasta wraz z każdym kolejnym etapem. Pamiętam pierwsze targety sprzedaży wycieczek fakultatywnych- mieliśmy sprzedać ich określoną ilość (na przykład pięć w miesiącu), w kolejnym okresie rozliczeniowym miała być to już sprzedaż na określoną kwotę, a za jakiś czas- nie dość, że na określoną kwotę to jeszcze do określonego odsetka rezerwacji (czyli na 100 sprzedanych rezerwacji, 20 miało mieć dosprzedany fakultet)- inaczej nie ma premii. Nie ma premii- jest bieda. Sprzedaż to nieustający rollercoaster, z którego nie można zejść.

Na kolejce

Znam osoby, które boją się iść na urlop, ponieważ jest to sprzedażowe samobójstwo. Rozliczani indywidualnie ze sprzedaży, boją się o swoje zarobki i to, że ich klientów przejmie koleżanka z biura. Patologiczne rozliczanie prowizji na poszczególne osoby często rodzi konflikty w salonach sprzedaży. Walczący o zarobek pracownicy niemal wyszarpują sobie wchodzących lub dzwoniących do biura klientów. Pamiętam sytuację z jednego z biur, w którym miałam okazję pracować- dogadani między sobą zadzwoniliśmy do szefostwa z prośbą o przejście na wspólny garnuszek prowizyjny. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że lekki konflikt między pracownikami nakręca sprzedaż, bez tego- obroty spadną.

Śledzenie słupków sprzedażowych koleżanek i kolegów, walka o każdego klienta, codzienne myślenie o swoich obrotach potrafi doprowadzić do szaleństwa. Tym bardziej, gdy w firmie praktykuje się wysyłanie oficjalnych raportów, w których publicznie rewiduje się sprzedaż poszczególnych pracowników lub oddziałów. Lęk przed byciem w ogonie, wyszydzeniem i porażką, pcha do sprzedażowej desperacji.

Taka sytuacja doprowadza do kompletnego braku higieny pracy. Wielu pracowników biur podróży jest pod telefonem całodobowo– połączenia od klientów odbierają zawsze i wszędzie, a rezerwacje robią nawet w nocy, bo akurat zadzwonił klient.

Klientom przypomina się o nas w najróżniejszych sytuacjach i porach dnia. Często nie czują, że przekraczają pewne granice, a sprzedawcy nie mają w sobie świadomości konieczności ich wyznaczania. Dawno temu w trakcie rozmowy z klientką (wtedy dla mnie bardzo ważną, bo była zainteresowana założeniem duuuużej rezerwacji) padł mi telefon. Ot, umarł. Bezwiednie sięgnęłam po swój prywatny telefon i oddzwoniłam do pani, mówiąc, że to mój prywatny numer i o kontakt proszę na numer służbowy. Na nic się to nie zdało- klientka dzwoniła do mnie jeszcze wielokrotnie, także podczas urlopu o którym wiedziała. Niestety, takich ludzi jest wielu, a sprzedawcy, nie szanując swojej prywatności, czasu wolnego i odpoczynku, granice służalczości wobec klientów przeciągają bardzo niebezpiecznie w kierunku bycia 24-godzinnym call center. Wyobraźmy sobie dziesięciu klientów wydzwaniających wtedy kiedy przypomni im się o nas…

Awans z nazwy

Bolączką branży turystycznej są iluzoryczne możliwości awansu. Im dalej od siedziby organizatora, czyli centrali, gdzie z salonu sprzedaży można przejść dalej do działu produktu, wsparcia obsługi destynacji, marketingu lub zarządzania siecią biur, tym mniejsze są możliwości realnego awansu. W większości salonów sprzedaży karierę zaczyna się od stanowiska młodszego specjalisty lub tzw. prezentera oferty, następnie zostaje się specjalistą i starszym specjalistą. Czym różnią się te stanowiska? Nazwą. W zakresie obowiązków jest dokładnie to samo z niewielkimi zwyżkami dochodów (100-150 zł). Co zatem ma stanowić element motywacji do awansu? Wiemy już, że nie są to finanse. Nie wiąże się to także z nowymi zadaniami lub perspektywami. Jeśli pracownik doczeka się i ma odrobinę szczęścia, zostanie kierownikiem lub zastępcą kierownika biura i cóż będzie robić? Sprzedawać wycieczki.

Oczywiście, w tym miejscu mogą pojawić się głosy, że każdy wie na co się pisał zaczynając przygodę w biurze. Nie twierdzę, że jest inaczej- każdy ma świadomość, że pracując w biurze podróży trzeba sprzedawać. Chcę jednak pokazać pewien mechanizm demotywacji. Podczas gdy duże, zachodnie korporacje zaczynają rotować pracowników związanych ze sprzedażą na inne stanowiska, ponieważ nieustanny kontakt sprzedażowy z klientami ma negatywny wpływ na psychikę, w Polsce doi się ambitnych ile można. Znane mi są przypadki osób, które od lat nie starają się o jakikolwiek awans, ponieważ iluzoryczna podwyżka nie jest dla nich wystarczającą zachętą, a zdają sobie sprawę, że dodanie do tytułu przedrostka “starszy” będzie wiązało się z podwyższeniem targetów na sprzedaż. Gra nie jest warta przysłowiowej świeczki.

Poza pracą u organizatora, możliwości awansu lub jakiegokolwiek urozmaicenia pracy są jeszcze mniejsze- w biurze, gdzie pracują dwie osoby można co najwyżej zamienić się biurkami na tydzień.

Radź se sam

Praca z klientem nie jest łatwa i powie to każdy kto pracuje w handlu. Biuro podróży to także placówka handlowa, choć działa na nieco innych zasadach niż market lub sieciówka z ciuchami. Tu czasu i przestrzeni na rozmowę z klientem jest więcej- Kowalski nie mierzy sweterka, tylko na podstawie rozmowy ustalamy czego chce i na podstawie tej samej rozmowy dokonujemy sprzedaży. Ciągłe wyostrzanie zmysłów, prowadzenie dialogów, wypytywanie, doradzanie, opowiadanie o tym samym, odpowiadanie na identyczne pytania- ta praca nie ma zbyt wiele wspólnego z przygodą pod palmą, to wielokrotnie odtwarzanie tego samego. Codziennie. W sezonie wakacyjnym po 10-12 godzin w trakcie doby. Zwyczajne rozmowy sprzedażowe potrafią zmęczyć, znudzić, znużyć, a co jeśli klient jest roszczeniowy? Wściekły? Wyżywa się na sprzedawcy, bo to jego sposób na złagodzenie frustracji niewiadomego pochodzenia? Awantury w biurach, krzyki, wyzwiska- wszelka kliencka patologia, to nie sporadyczne przypadki, tylko pewien nasilający się trend, któremu firmy nie potrafią zaradzić. Dla mnie krzyki i wyzwiska stanowią zaproszenie do wyjścia z biura, jednak większość dużych firm nie chce pozwolić sobie na utratę klienta, podobnie niektórzy zdesperowani sprzedawcy, którzy w imię kilku złotych prowizji są gotowi usłyszeć krwistą wiązankę pod swoim adresem.

Dwukrotnie na szkoleniach u organizatorów usłyszałam, że klientów nie można wypraszać z biura- to nieeleganckie, nie przystoi (co ciekawe, przystoi mieszać z błotem pracowników). Jednocześnie większość firm nie daje zatrudnionym żadnego wsparcia merytorycznego jak radzić sobie z trudnymi przypadkami. Wielokrotnie spotkałam się z wygłaszanymi przez szkoleniowców truizmami, że tylko słaby sprzedawca nie radzi sobie w sytuacjach konfliktowych i nie wie co zrobić z agresywnym klientem. Jest to klasyczne umywanie rąk od odpowiedzialności za to, co dzieje się z pracownikami w firmach. Wasz klient, wasz problem- pamiętajcie jednak że nikogo wypraszać nie można. Wielu pracowników biur panicznie boi się postawić agresywnym klientom, dają się łajać i rozstawiać po kątach z powodu absurdalnej polityki firmy i ze strachu przed konsekwencjami klienckiej skargi. Takie starcia to pigułka negatywnych emocji i kumulacja zwątpienia w sens pracy. Brak wsparcia pracodawcy w trudnych chwilach i notoryczne ukłony w stronę klientów, sprawiają, że rośnie poczucie pozostawienia samego sobie i zagrożenia.

Wypaleni

Turystyka to branża niezwykle wymagająca. Wejście do niej przypomina jazdę na kolejce górskiej- jest spektakularnie, pięknie, dynamicznie, momentami strasznie i niekiedy ma się ochotę wcisnąć “stop” i wysiąść z rozpędzonego wagonika. Nie ma drugiej tak pięknej i jednocześnie niewdzięcznej roboty, jak ta w turystyce. Niestety, ciągłe ciśnienie wywierane na pracowników będzie owocować nie tylko obrotami i rekordami, ale przede wszystkim produkcją wypalonych zawodowo ofiar kapitalizmu w krwiożerczej postaci.

Z przerażeniem obserwuję, jak po kilku latach, błyszczące gwiazdy sprzedaży blakną, a moi znajomi lądują w gabinetach psychologów i psychiatrów, czując zadyszkę i nie mogąc zwolnić w zaklętej kolejce sprzedaży, targetów i klientów. Bez wsparcia, motywacji i możliwości rozwoju. I to niczyja wina. Tak działa system.

komentarze 13

  1. W samo sedno

  2. Niestety wszystko opisane w tym tekście to prawda. Sama jestem przykładem wypalenia zawodowego. Pracowałam w biurze podróży kilka lat, byłam bardzo lojalna wobec firmy, wiele razy dawałam z siebie 110% tego czego ode mnie oczekiwano, nigdy nie usłyszałam nawet dziękuję, o pieniądzach nie wspominając. Praca w wolne dni, zostawanie po godzinach to standard. Nie było tygodnia bez roszczeniowego klienta. Do tego rywalizacja w biurach o to czyj był klient, podbieranie klientów. Aktualnie jestem na zwolnieniu lekarskim (ciąża), zostało dużo czasu do powrotu, ale już mi słabo na samą myśl. Chyba będę musiała zmienić zawód.

  3. Czytam Twój wpis i chłonę każde słowo, bo choć nie pracuje w branży turystycznej (mam tylko tytuł .technik ruchu obsługi turystycznej) to doskonale wiem o co tu chodzi. I choć rzeczywiście branża turystyczna wydaje się czymś ekskluzywnym to porównam to do pracy w banku, którą Dziękować Niebiosom- mam już za sobą. Kiedyś myślalam że taka praca w systemie bankowym to naprawdę klasa i potęga i jakże szybko praca zweryfikowała moje poglądy. Każdy dzień pracy w tym ścieku korpo szczurów zmienila moje normalne, dotąd ciekawe życie w ponurą egzystencję. Możesz być optymistką, uchachaną wiecznie osobą ale gdy trafisz na kanał to szybko wpadasz w taki sam amok bezradności. 21 wiek, panie w banku elegancko ubrane uśmiech przyklejony do twarzy… a tak narawdę to jedna wielka bijatyka o klienta, o wciskanie mu kredytu, pożyczki- produktu który jest w siatce punktowej. Nieważne czy jest to dla niego korzystne, czy starsza pani biorąc pożyczkę będzie miała środki by ją spłacić, bo ona tego nie rozumie,.. dla niej to nowość ale jak wszyscy chwalą i dają to musi być super. Gdy masz zasady moralne i nie sprzedasz, nie zaproponujesz – to słyszysz przy wszystkich pracownikach jaką tępą lebiodą jesteś, jak bardzo niekoleżeńska, nie lojalna wobec firmy. A gdy trafi się klient,który na dzien dobry bez “dzień dobry” jedzie po tobie jak po burej suce, że musiał stać w kolejce, to też mu nic nie wolno powiedzieć- bo to klient, on ma rację. a Ty kim jesteś w takim razie ? korpo śmieciem na którego każdy może w dowolnej chwili wylać swoje pomyje- 3k- kierowniczka, klient no i każdy.
    Gdy spełniłam kiedyś prośbę klientki o szybki przelewy- płatny wtedy około 3 zł – uprzedzilam ją o kosztach, ona zwyzywała mnie od tępych lasek mówiac, ze gdyby chciała robić przelewy w domu to by robiła. Wykonałam jej polecenie, po czym po dwóch tygodniach wparowała do mojej kierowniczki ze skargą że zostałą oszukana na 12 zł. Podczas konfrontacji wyparła się, że ją poinformowałam o kosztach i wiecie co ? moja kochana kierowniczka kazała mi przeprosić i oddać z własnej kieszeni 12 zł. Odmówiłam- dla swoich własnych zasad. Wiedziałam, że mam rację… ale czy racja kiedykolwiek wygrała z systemem ? Spotkanie z całą kadrą kierowniczą miało na celu pozbawić mnie mądrości i nauczyć wykonywania poleceń. Tam byłam nikim, tak się czułam… tak każdysię czuł. Koleżeńskość ? dobr sobie,… podrzucanie świń kolegom z zespołu jak najbardziwej pożądana cecha.jesteś chory ? masz l4 ? masz nie brać zwolnienia i przyjśc do pracy. Mobing i frustracja….

    Nie dziwie się, że tyle osób potrzebuje opieki psychologa, W banku co drugi pracownik biegał na spotkanie i przynosił zwolnienie z powodu depresji. Nie jest to dla mnie zaskoczniem w świecie pełbym bylejakości, gdy Ty masz szanować wszstkich a nikt nie szanuje Ciebie. Jesteś tylko dojną krową w machinie konsumpcyjnej, a gdy zdarzy ci się potknięcie to od razu odpalają na rzeź.

    • Czytając tekst Marty od razu tak jak Kasia pomyślałam o mojej byłej pracy w banku. Automatycznie przypomniałam sobie mobbing, okrutnych kierowników, dwulicowych współpracowników. Dodam, że w banku nie pracuję od roku a po zakończenia zatrudnienia pół roku chodziłam do psychiatry, bo nie byłam w stanie funkcjonować. To przerażajace, że bez różnicy czy to branża turystyczna, bank czy sieciówka – wszędzie liczy się wynik, to czy w danym momencie jesteś dobra/ dobry, a o wcześniejszych osiągnięciach nikt oprócz ciebie nie pamięta. Na Twoje miejsce pojawi się inna osoba, na początku być może świetna, ale szybko się wypali, bo nie da się wiecznie być sprzedawcą idealnym, z super wynikami sprzedażowymi, wiecznie zadowolonym, ze świetnym kontaktem z klientami. W końcu trafia się na ścianę, którą chce się rozwalić własną głową z bezsilności. Mimo wszystko Polsce pod tym kątem do innych krajów trochę brakuje, ale mam nadzieję, że w końcu trend się odwróci.

      • Mam to samo, kilka miesięcy temu zakończyłam moją wieloletnią pracę w banku. Najlepsza decyzja w moim życiu. Dwa miesiące chodziłam do psychiatry. Czytając ten tekst widziałam tamtą rzeczywstość, wiecznie rosnące plany, system premiowy tak skontruowany, żeby tylko nie wypłacić pracownikowi tej żenującej premii. Kiedyś tak nie było, pamiętam czasy, kiedy się tam zatrudniałam ok 10 lat temu, pracowało się luźniej, bez takiego ciśnienia, było wesoło, premie porządne, benefity.. Teraz nawet na coroczną integrację czy Wigilię pracownicy się z zrzucali, a w wynikach finansowych firma chwali się miliardowymi dochodami. Krew człowieka zalewa. Ale tam szeregowy pracownik nie ma znaczenia. Nie ten to następny.

      • I codzienne zostawanie po godzinach- dla dobra firmy, dla dobra wyniku… punktualnie chcesz skończyć swoją pracę i iśc do domu, ciszyć się życiem ? super ale nie tutaj. Zaczynało się na 7:30-15:30 pierwsza zmiana… nigdy o 15:30 nie skończyłam, nigdy. Druga zmiana od 10:00 do 18:00 … pzrzychodziło się na 8 bo trzeba było dzownić i namawiać klientów. Gdy ktoś odważył się przyjść na 10 i pracować tylko 8 godzin od razu był na cenzurowanym. Pamiętam gdy raz jedyny nie mogłam zostać dłużej i wyszłm z pracy o 16:30,miałam umówioną wizytę u lekarza na 17:00 i bałam sie że nie zdążę bo oczywiście zamiast wyjść o 15:30 musiałam jeszcze obsługiwać klientów na kasie, na drugi dzień myślałam że mnie żywcem zjedzą. Tłumaczenia że wizyta u lekarza była umówiona dwa miesiące wcześniej na nic się zdały… kierowniczka powiedziała mi przy wszystkich “taki job” i wtedy nie wytrzymałam i odpyskowałam “a ja jeszcze mam takie LIFE, i czasem chce z niego skorzystać. Tego samego dnia za karę musiałam cały dzień siedzieć na kasie, obsługiwać wpłaty i wypłaty co przełożyło sie na to, ze nic nie sprzedałam, nie miałam czasu umówić żadnego spotkania i na kolejny dzeń odprawa i znowu jazda bo “panna katarzyna się obija”. Pewnego dnia serio już miałam taką ochotę walnąć kierowniczkę w pysk, że na szybko naskrobałam wypowiedzenie poszłam dyrektorki i powiedziałam że odchodzę z tego cyrku. Oczywiście wykorzystałam urlop na okresie wypowiedzenia i powiedziałam że przyjde potem z L4 bo nie mam zamiaru więcej tutaj przebywać. dodałam że mam taśmy i ksero maili kierowniczki więc jak mają zamiar robić mi problemy to lece z tym do prawnika i zakładam sprawe o mobbing. tak skonczyla się moja wymarzona przygoda w banku. SYF, GNÓJ i zwyczajne SKU…..syństwo. mało brakowało a sama bym wylądowała u psychiatry, ale samo odejście dodało mi tyle radości że czułam się jak uwolniona z klatki !

  4. Nic dodać nic ująć! Super wpis. Ja swoje wypalenie przeżyłam ok 4 lata temu. Mój pierwszy sezon jako rezydent ale od tych telefonów skarg itd. musiałam wyjechać sama na urlop (1miesiąc) i tam dojść do siebie bez telefonu I masy turystów. Pozniej zrozumiałam żeby nie brać wszystiego do siebie oraz moja firma zmienila swoje cele co mi bardzo pomaga w pracy do dzis. Przecież w jednym biurze banku handlu mamy ten sam cel prawda? Aby sprzedać zarobić I żeby klient był zadowolony. A wypalanie w naszej branzy szczerze nie myslalam ze jest takie popularne. Dziękuję Ci Marta za uświadomienie.

  5. W końcu ktoś to głośno powiedział. Dzięki! Ten świat dane mi było poznać jeszcze będąc na studiach.. Najpierw malutki agent, potem touroperator. Koniec pracy nastąpił po prawie 5 latach. Dalej może nie będę komentować,idealne słowa o prowizji, braku możliwości bycia na zwolnieniu…

  6. Dzięki za wpis. Dostałam nerwicy po mocnym sezonie. Jestem szefem i sprzedawcą w jednym. Natłok obowiązków mnie zniszczył. Dochodzę do siebie. Zrezygnowalam z tej czesci biznesu. Polecam książkę Klaus Bernhardt pt. “Panika”, bardzo pomoga w zrozumieniu problemu. Pozdrawiam wszystkich tkwiących w tym syfie i radzę zejść ze sceny, póki macie siły jesli czujecie ze jest za szybko i za dużo. Później może być za późno i bardzo ciężko.

  7. Właśnie wróciłam od psychoterapeuty 😅 każdy pracownik pracujący w handlu powinien mieć wsparcie terapeuty (ze strony pracodawcy) czy to pracownik biura podróży, czy biura nieruchomości. Najwygodniej siedzieć sobie w centrali i nie przejmować pracownikami w biurze. Wiem, że są osoby które prawdopodobnie takiego wsparcia nigdy nie będą potrzebowały, ale nasze zdrowie psychiczne też jest ważne!

  8. Koleżanka z branży

    Świetny tekst Marta. Trafiłaś w sedno, a jakie to smutne że duża część z nas widzi w nim siebie..

  9. Pracowałam wiele lat w korpo ubezpieczeniowym na własnej działalności, tam niestety jest dokładnie tak samo. Myślę że to nie jest przywilej branży turystycznej ale ciągle pędzącego świata, ciągłych podwyżek, kolejnych kosztów i chęci osiągnięcia czegoś więcej.
    Sami się zapętlamy w tą spiralę gonitwy i nie ma tu znaczenia branża.

  10. Marta, brawo za odwagę. Ktoś w końcu nazwał rzeczy po imieniu. Myślę, że wiele osób jest “wypalonych zawodowo” tylko wstydzi się przyznać przed współpracownikami. I tak jeden wstydzi się drugiego, nie wiedząc, że cierpią na to samo. Pracuję w branży kilkanaście lat i moje spostrzeżenia dotyczą przede wszystkim ewolucji klientów, którzy – tak uogólniając – zmieniają się na gorsze. Coraz mniej szacunku do nas, sprzedawców, roszczeniowość w postaci “mi się należy i to tu i teraz”, notoryczne robienie nas w bambuko dokonując rezerwacji w necie lub tam, gdzie dają “rabacik”. Ludzie pracujący w bezpośredniej obsłudze klienta powinni mieć płacone tzw.”szkodliwe”. Dotyczy to każdej branży. Kasjerce w Biedronce też nie zazdroszczę.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*