Góry chyba można lubić

Zawsze powtarzam, że górskie widoki lubię jako tło pulpitu. Moja odporność na zimno oznacza ubieranie puchowej kurtki, czapki i rękawiczek przy dziesięciu stopniach. Dwie zimowe wizyty w górach wspominam jako traumę.

Właśnie z powyższych powodów, gdy w moje ręce trafiła książka o Kukuczce byłam umiarkowanie ciekawa jej treści. Przyznam się do czegoś- jedyną ciekawą informacją zawartą na okładce książki była ta, że Kukuczka zginął dnia, w którym się urodziłam. I gdyby nie kwarantanna związana z koronawirusem pewnie nigdy nie sięgnęłabym po tę pozycję. Czytając ciurkiem wszystkie porzucone książki dotarłam w końcu do “Lhotse ’89” i stwierdziłam, że jeśli nie teraz to nigdy.

Książkę połknęłam w dwa dni. Przede wszystkim, jest to niezwykle barwna i ładnie wydana pozycja- w środku znajdziemy mapy, masę zdjęć, infografiki i przedruki gazet. Co ważne (dla mnie), nie jest to zapis jakiejś morderczej walki na szczycie wraz ze szczegółami technicznymi wspinaczki. Jako laika, kompletne nie interesuje mnie jak ośnieżona była dana ściana, gdzie Kukuczka wbijał czekan oraz jakie miał techniki oddechu. Wiele osób na różnych forach zarzuca autorce, że nie skupiła się na Kukuczce, że nie pokazała jego przeżyć, że nie pogłębiła jego analizy psychologicznej.

Jejku, mi akurat taka forma narracji bardzo się podoba- pokazane są tu kulisy wyprawy, przedstawione jest życie osób otaczających gwiazdę himalaizmu, ich codzienność, zwyczaje, obowiązki. Sporo jest tu także o podróżowaniu, przemieszczaniu się, funkcjonowaniu nie tylko w rzeczywistości wysokich gór, ale także innych realiów społeczno- kulturowych. Autorka książki była uczestniczką ostatniej wyprawy Kukuczki- miała za zadanie przygotować materiały, relacje, nakręcić film, napisać artykuły. Jej praca miała kręcić się wokół centralnego punktu wyprawy- książka natomiast jest zgoła inna, jakby Elżbieta Piętak chciała przenieść ciężar w zupełne inne miejsce, pokazać, że za jednym spektakularnym czynem stoi cała masa mniej widowiskowych wydarzeń.

Dla mnie “Lhotse ’89” to książka zaskakująco dobra, inna, oryginalna w swojej formie i formule, odczarowująca mit wypraw wysokogórskich, zaglądająca za kulisy, podpatrująca tło, a nie skupiająca się na najjaśniejszym punkcie. Nadal nie mam ochoty zdobywać szczytów, ale zaczęłam rozumieć ludzi, którzy lubią zmarznąć, wspinać się, wdrapywać i czuć energię gór. To naprawdę dobra książka na oderwanie się od rzeczywistości koronawirusowej izolacji.

Komentarzy: 1

  1. Podobnie jak Ty, nie przepadam za górami, chociaż urodziłam się w stolicy Podhala i jako smarkacz przeszłam całe Tatry. Nie i już.
    Ale książki o górach lubię i chętnie czytam; „Lhotse” już połknęłam i posłałam w świat.